Przy łyczkach o czterech kotach, Inkoccino (ale bez kotów w środku) i kilku innych sprawach

Moi drodzy,
gdy zaczynam pisać ten wpis, jest 08:57. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że wczoraj zasnęłam chyba po północy, a dzisiaj mój organizm stwierdził, że budzimy się o 05:00. Bo można. Bo tak! Mój brat, gdy był mały, przekonywał mamę niewiele później, że „Psiecieź juź jeśt wino!” i chyba mój organizm też to „wino” ma w głowie, skoro już kolejny raz zasypiam po północy, a dzisiaj, dodatkowo, obudził mnie tak wcześnie. Kiedyś normalnie ubiję drania.
*Dla poszukiwaczy teorii spiskowych uściślam – tak, owszem, mówię to metaforycznie.*
Mam wrażenie, że dzisiejszy wpis będzie dość krótki. Serdecznie dziękuję tym osobom, które zdecydowały się skomentować poprzedni – bardzo doceniam Wasz wkład i poświęcony czas.
Niedawno jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, czy ma wracać do blogowania, czy też nie.
– Wracaj! – Zawołałam ochoczo.
– No tak, ale wiesz, jak już piszesz bloga, to z nadzieją, że ktoś Ci go skomentuje…
Cóż, coś w tym jest. Pamiętam jeszcze czasy „starych” blogów, gdy komentarzy było po kilkadziesiąt od kilkudziesięciu użytkowników. Teraz jest ich kilka od 3, max 4 osób, co sprowadza się do prowadzenia po prostu długiej, koleżeńskiej, wzajemnej wymiany zdań. Ma to swój klimat – kameralny, znajomościowy itp, ale jednak nie tamten.
Tym niemniej podejmuję kolejną próbę opowiedzenia kawałeczka z mojego życia – może dla inspiracji, a może – dla zabicia nudy.
*Łyczek*moi mili Państwo, betatesty idą bardzo, bardzo, bardzo intensywnie. Powiedziałabym też, że jak burza, ale trochę nie nadążam za zmianami, które są wprowadzane i to nie tylko z jednej strony, więc nie wiem, czy te testy idą, jak burza, bo co nowa beta, to ja sama zgłaszam ok 3-4 nowych błędów lub propozycji zmian. Na temat organizacji i porządków w grupie betatesterskiej ogarnęła mnie istna obsesja, tak że jednego dnia wyczyściłam wszystkie (Dosłownie!) nieaktualne wątki, wiele wątpliwych przeniosłam itp. Ale już o tym mówiłam. Następnego dnia znów mnie nosiło, więc zrobiłam co innego, nie pamiętam już. I tak w koło, Macieju. Powoli zaczyna mi brakować zadań, nawet tych średnio rozsądnych czy przydatnych w danym momencie. I tak, ogarnięta paranoją, prawie się obraziłam na jednego testera, który pół żartem proponował, żeby coś usunąć, bo przecież potem będzie wisieć, wisieć… Zrobiła się z tego mała, nieprzyjemna aferka. Taka z osadem po niedomytej kawusi, że tak użyję ciekawego porównania kontekstowego. No ale cóż, zdarza się. To chyba jeszcze to Cappuccino ciągnęło za mocno. Bo ja potrafię się ostro zeschizować, jeśli coś robię, wkładam w to całe serducho, a potem ktoś mi tę moją pracę, nawet pośrednio, objedzie. Tak zresztą było w przypadku, gdy jeszcze byłam moderatorką w szerszym tego słowa znaczeniu. I może dlatego, po części, już nią nie jestem?…
Ale o co właściwie chodzi z tymi kotami?
To długa, zagmatwana historia. Miałaby trochę więcej patosu, gdybym opublikowała ją 18 lub 19 sierpnia. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, nie domyśli się. Nowe pokolenie Eltenowiczów będzie musiało zbudować własną historię, tak to już jest.
Tak czy siak wszystko zaczęło się od stwierdzenia, że „koty są dwa”.
Podobnie jak „Audiobukissss” oraz „ceeebuuuuulaaa!”, to największe memy tudzież legendy Eltena.
Bo już „Samolot, ale k*wa spadł” to troszkę inna era.
Tej pierwszej, wcześniejszej, nie znam dobrze nawet ja, a mogę się uznać za Eltenowego weterana.
Tak czy siak zdominowało ją stwierdzenie, że „koty są dwa”, najlepiej z wykrzyknikiem – „Koty są dwa!”, a jeszcze najlepiej, jak można było dodać tonem patetycznym: „Nie jeden! Nie trzy! Ale… Dwa!”. Ale ten slogan wygłaszać mogła tylko jedna osoba, która już sobie nie wygłosi, więc spuśćmy na to zasłonę. Jednocześnie składam ukłon Moni01, która przynajmniej dobrze wpasowuje się w kryteria. Chociaż ja, tak właściwie, też się wpasowuję, bo nie mam kotów. No bo skoro koty są, to są dwa. Ale kotów może też po prostu nie być. Co prawda nie wiem, jakie mnie za to czekają konsekwencje, ale przynajmniej nie mam, ku utrapieniu ludzkości, jednego kota. Albo, nie daj Boże, trzech…
Cóż, czasem przechodziło mi przez głowę pozyskanie kota do domowego stada. I wtedy byłyby dwa – ja, pantera, a także kotek. Więc też byłoby dobrze, prawda?
Że co, że nie wyjaśniam, o co z tymi czterema kotami?
A gdzie Wam się tak spieszy?
Jednego wieczora stwierdziłam, że z kilku względów trzeba podnieść na duchu jednego z braci testerskiej.
I wysłałam mu to:

Jest to bowiem moja osobista wendetta lub też kontynuacja tamtego legendarnego wątku. W wyniku przypomnienia sobie i zapoznania się ponownie z tą piosenką doszłam bowiem do wniosku, że koty są dwa albo cztery. Inaczej być nie może. To moja osobista opinia i niewiele osób ją rozumie, ale tester zrozumiał. A gdy jeszcze przeanalizowałam tekst pod kontem zamożenia tych biednych zwierząt, to już w ogóle.
No bo popatrzcie:
Koty siedzą w małym lasku, do tego w piasku. Są chude. Lubią psoty, ciągłe z nimi kłopoty, a do tego wykonawca łamie ręce, że znów wywrócą pranie i Burka śniadanie. Wniosek jest prosty: Ktoś te koty wy…kocił z domu. Skoro siedzą w lesie i są całkiem chude, to jest to jedyne wytłumaczenie. A do tego ta osoba jest rasistą, bo bardzo podkreśla, że te koty są rude. A stwierdzenie „My za nimi wciąż biegamy, no bo bardzo je kochamy!” to przejaw autentycznego, toksycznego, okrótnego wynaturzenia miłości. Od miłości do nienawiści jeden krok…
Hm, to chyba ten rodzaj piosenki, który, poza brakiem sensu sensu stricto, niesie podprogowe przekazy.
To tak, jak ta minidrama, którą w jednej z książek zrobiła Magdalena Witkiewicz, gdy odkryła, że „Mama starła kurz i naczynia zmyła już”, a tata „obiad zjadł i z gazetą coś tam siadł”.
Witkiewicz z taką piosenką to jest połączenie łatwe do przewidzenia.
*Tu jest ten sampel, gdzie grupa antyrasistów robi swoje legendarne „Łooooooooooooooo!”, tylko że go nie mam, a szukam.*
No, hurr-durr, jednym słowem.
Zara, o czym to ja?
A, tak. Więc kryzys chwilowo zażegnany, ale mnie, testera i przy okazji całą resztę ogarnęła głupawka, zwłaszcza, jak się okazało, że Daszek sobie wciskał F4 kablem i przez to prawie sobie poszedł na wieczność, a Paulina stała się Bralczykiem i Bańką w jednym, bo w celach testerskich zaspamiła wątek z błędem dot. klawiatury słowami z polskimi znakami. Pędu nie dało się zatrzymać! Z prostego posta w stylu „Synteza nie czyta mi polskich znaków i do tego potrafi mi wywalić pół tekstu, bo robi Ctrl+Z zamiast Alt+Z!” zrobiło się… coś. Na ponad 600 wpisów! Podczas tej ożywionej (Hehe!) dyskusji wieczornej, która pierwotnie miała się skończyć o 21:37 (symbolicznie), ale nagle o 21:36 się wszystkim przypomniało, że jeszcze mają tę głupawkę, okazało się, że odkryłam kilka funkcji, których nigdy wcześniej nie używałam (albo w trakcie dyskusji, albo, z konieczności, już po niej, gdy czyściliśmy pobojowisko). Tematy były poruszane wszelakie, od AI (Ja tego jednego to nadal podejrzewam! Po kilkuset promptach zaczął się naprawdę zachowywać jak GPT!), po plucie czyimiś paluchami (…), anteny do odbioru radia, dlaczego jeżdżenie windą jest dobre (lub złe, w zależności od punktu siedzenia) itp. Nie było to wprawdzie stare, dobre „Odwalanie” (Znów, kto wie, ten wie!”, ale było to zdecydowanie odprężające doznanie dla wielu jednostek ludzkich. A następnego dnia, przy czyszczeniu, pojawiło się kilka nowych błędów do rozwiązania. Więc robiliśmy to ku chwale itp.
*Łyczek… i wypiłam!*

12 thoughts on “Przy łyczkach o czterech kotach, Inkoccino (ale bez kotów w środku) i kilku innych sprawach

  1. Tak było. 😀
    Mi tam i tak żal mojego ctrl+shift+coś tam, bo długo kombinowałem nad tym xD.
    Myślę czasem, żeby też wrócić do bloga, ale zbyt mały odzew na to, ile zajmowało mi montowanie materiałów. Pisania dużo, bo dużo do opisania, ale jakoś brak motywacji haha.

  2. Pacholęciem będąc, zaczytywałem się w komiksach z Kaczorem Donaldem. Była tam w jednym numerze taka sekcja z różnymi zagadkami logicznymi. Jedna z nich brzmiała: „Jak udowodnić, że kot ma trzy ogony?”. Brzmiało to mniej więcej tak: „Nieistniejący kot posiada dwa ogony. Każdy kot posiada o jeden ogon więcej od nieistniejącego kota. Zatem z tego wynika, że każdy kot ma trzy ogony.” Przyznajcie, że z tej prostej zagadki wyziera porażająca logika.

  3. Ha! Zawsze można spróbować!
    Chociaż ja sobie do serca wziąłem to, że stwierdził, żeby może jednak nie kombinować z duszami…

  4. A no właśnie, tego to ja już nie pamiętam. Byłam na Eltenie zaledwie od kilku miesięcy, chyba od stycznia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *