Moi drodzy i kochani,
czy ten wpis oznacza, że wróciłam do blogowania? Cóż, tego niestety nie mogę zagwarantować. Wiecie już dobrze, że u mnie wszystko opiera się na tym, że najpierw wracam, kontynuuję przez kilka tygodni, ale potem zapał opada, a i wpisy już się nie pojawiają.
Dlatego tym razem nic, ale to absolutnie nic nie obiecuję.
Natomiast mam dla Was nominację, którą zaraz sama spełnię.
I na samym początku nominuję do niej aż dwie osoby: Zuzler oraz Monię01. Zuzler, nie wymiguj się, że nie piszesz bloga, bo najwyższy czas znów zacząć. 🙂
Monia01, ciągle marudzisz o nowy temat wpisu, no to już go masz.
A na czym będzie nominacja polegać?
Otóż pod pięcioma nagłówkami/sekcjami głównymi, które dotyczą wszystkich pięciu zmysłów, możemy opowiedzieć, co dzieje/działo się u nas w ostatnim czasie. Dopuszczam też refleksyjny beł… yyy… strumień świadomości, chociaż zdecydowanie preferuję formę pierwszą, bardziej codzienno-aktualizacyjną. Zaraz zobaczycie, jak (i czy w ogóle) udało się to mi. Każdy nominowany nominuje dwie kolejne osoby, a wyzwanie może wracać do już wcześniej nominowanych pod warunkiem, że wpisy będzie od siebie oddzielać co najmniej 7 dni.
Do dzieła!
## Wzrok, czyli… zaczynam z grubej rury, a mianowicie – od lumpa w B.
Zaraz spytacie, jak sobie macie poradzić z najtrudniejszą kategorią, czyli ze wzrokiem właśnie. Recepta jest prosta – jakkolwiek chcecie. 🙂
No ale do rzeczy:
Niedawno byłam w B u Moni01. Pierwszy raz w odwiedzinach. Przy okazji zachorowałam na nowy pierdyliard sprzętu AGD, ale o tym innym razem. 🙂 No nie ukrywam, jestem gadżeciarą.
I cierpię z tego powodu, bo budżet zdecydowanie, kategorycznie i absolutnie nie lubi się z tą śmiałą koncepcją.
Natomiast ja chcę tu opisać wizytę. Wizytę w pewnym lumpie. Dosłownie. Ale uspokajam, chodzi wyłącznie o ciuchland. Taki sobie, dość duży, z kilkoma alejkami (Dowiedziałam się, że ciuchlandy mają alejki!). W takich przybytkach bywałam do tej pory rzadko i to z kilku powodów. Jednym z nich jest chociażby fakt, że ciuchy często dziedziczę po licznych ciotkach, które same prowadzą dynamiczną wymianę dóbr między sobą, swoimi znajomymi i znajomymi znajomych. Taki ot, nasz prywatny, rodzinny, mobilny lumpeks. Ale oto czas nadszedł:
Dwie widzące, dwie niewidome (Monia01 zgodziła się osobiście poddać mnie inicjacji), 3,5 godziny (Tak, tyle na to zeszło!) i ciuchland na wagę.
Nie do końca wiem, jak opisać to, co działo się potem. Musi Wam wystarczyć właśnie to, że spędziłam tam 3,5 godziny, z czego mniej więcej równą część wybierałam i równą – przymierzałam rzeczy. Jako magazyn rzeczy do przymierzalni posłużyły nam 2 kosze a la Biedronka na kółkach. I wysypywało się z nich trochę. 😀 W przypadku ostatnich elementów garderoby mierzyłam je w stylu „Najsłabsze ogniwo”, czyli dopiero po fakcie zdawałam sobie sprawę, co ja właściwie posiadam, a to dlatego, że miłe panie z kasy bardzo kategorycznie informowały co chwila, że one już zamykają i żeby kierować się do kas.
Wyglądało to tak:
– Julita, masz jeszcze 8 min. Tak jakby co. – otrzymałam komunikat strategiczny.
– Hmmm, ok, a ile jeszcze przed nami tych rzeczy?
– No, tak z 50, bym powiedziała.
– Oooookeeeeej, jestem w stanie z tym pracować…
I w ten magiczny sposób mierzyłam mniej więcej 2 rzeczy. Na minutę!
I ze wszystkich jestem zadowolona, a to dzięki Moniowej siostrze, która ma dar. Dar niezwykły, aurę, która ją otacza oraz promieniuje, w postaci wyszukiwania perełek. W szczególności w tym konkretnym ciuchlandzie.
Efekt przerósł moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania. Plecaki mój oraz pajpera, który mi towarzyszył, nie dopinały się i trzeszczały w szwach, a do tego przez centrum naszej stolycy mój uroczy towarzysz dźwigał torbę. Różową i dość puchatą. Z której radośnie wyglądała barwna, zmieszana pstrokacizna ciuchów. Mina przechodniów musiała być bezcenna.
Ja już pomijam, że jeszcze wcześniej, u Moni, pralka i suszarka pracowały równolegle, piorąc i susząc 3 pełne wsady.
Upchanie tego w szafach graniczyło z cudem, ale udało się i obyło bez strat w cywilach, kiedy to…
„Julita, następnym razem Ci przywiozę jeszcze jedną sukienkę, bo nam musiała wypaść przy sortowaniu i jest u mnie.” – zakomunikowała mi Monia. Dobrze, że tylko pisemnie…
A to wszystko, co najważniejsze, za kwotę, której nie wydałabym w większości sieciówek nawet za jedną dziesiątą tego, co kupiłam tam. I to jest dopiero układ! <3
A co ma to wspólnego ze wzrokiem?
No, właściwie to to, że mogę się teraz ubierać w różne rzeczy. I w nich ładnie wyglądać. I to fajne jest. 🙂
## Smak, czyli… Kawa o poranku ratunkiem dla ludzkości
Tak jakoś ostatnio mi dziwnie, powiem Wam. Od kilku tygodni mniej mi się chce, zauważam brak sił witalnych, zatrzymanie i chęć robienia nic. Mój perfekcjonizm krzyczy z całej siły, co utrudnia mi pozostawanie w tym stanie, póki mojemu organizmowi się nie odwidzi. Cóż, takie życie pedantki.
Od kilku tygodni natomiast eksperymentuję ja sobie radośnie z kawą. Ponieważ w moim życiu zdrowotnym zaszły ostatnio pewne zmiany (o tym innym razem), to stwierdziłam, że mogę pozwolić sobie na pierwsze, jeszcze nieśmiałe, eksperymenty z kofeiną. No i zaczęło się! Ach, jak przyjemnie jest rano kłaść kubek pod dyszą ekspresu, by zastanowić się, na co mam obecnie ochotę… Odkryłam, że:
a) Nie lubię kaw ze spienionym mlekiem; jeśli już, to w mini ilościach;
b) Lubię kawy o wyraźnym aromacie… no… kawy, takie bardziej mocniejsze, wyrazistrze, ale bez posmaku goryczki;
c) I żeby dużo było!
Moim ostatnim konsensusem jest 260 ml mocnej Cappuccino z 60% mleka.
Poranne picie kawy przy biórku stało się swego rodzaju rytułałem, który zakotwicza mnie w poranku i w ogóle motywuje do wstania, co jest ostatnio jakby odrobinę cięższe, tak jakoś wychodzi. Po kawie natomiast aż do dzisiaj przychodziło pobudzenie i entuzjazm do robienia różnych rzeczy.
Wczoraj, na ten przykład, jego łupem padły nieuporządkowane wątki w Czerwonej Księdze Betatestów Eltena. Jak przejechałam się po tym śmietniku na rzeczy niewiadome, tak nic po nim nie zostało. Nie wszystkim się to spodobało, ale ogólnie widzę ruch w interesie i to na plus, co przekonuje mnie, że przynajmniej na dobre wyszło to moje podwyższone chyba ciśnienie.
No i niestety dzisiaj zdecydowałam się na wypicie kawy z erytrytolem.
Wiecie, to nie tak, że było dobrze lub niedobrze.
Gdybym wcześniej nie wypiła kawy z cukrem, uznałabym chyba, że tak ma być. Pytanie, czy piłabym wtedy dalej kawę. xd
Najgorsze w erytrytolu jest to, że właściwie prawie nic nie można mu zarzucić. Ale owo „prawie” czyni naprawdę kosmiczną różnicę. Bierzesz łyk kawy do ust i wszystko jest ok. Ale po dosłownie chwili trzymania jej na języku uderza Cię, że, kurcze, coś tu jednak nie gra. A gdy prze
łkniesz, utwierdzasz się w przekonaniu, że tak, nie gra i to bardzo.
Nie wylałam tej kawy, wypiłam ją. Ale czy wrócę, to mam spore wątpliwości…
Tylko ten cukier, ach, ten cukier… Taki zdradliwy…
Bo do wczoraj myślałam, że moje pobudzenie wynika z kofeiny. Ale dzisiaj jakoś tak się nie pojawiło w takiej ilości, jak przedtem. Czyli że to jednak chyba nie kofeina, a cukier właśnie powoduje u mnie syndrom Maxa z „Domu dla zmyślonych przyjaciół Pani Foster” czy innego „Stalowego Giganta”.
A że przy okazji zauważam, że kawa jakby tak trochę bardziej wypłukiwała mi magnez, to się robi dość pesymistycznie. 🙁
BTW, ostatnio wypiłam mokkę w jednej z kawiarni. W dodatku bezkofeinową, bo piłam wieczorem. I, tak zupełnie szczerze, powiedzieć, że mnie nie porwała, to za mało powiedzieć. Smakowała, jakby ktoś wymieszał słabe kakao ze słabą kawą, której prawie w ogóle nie było czuć. Nie powiem, żeby to smaczne było. A że zjadłam tam również nieapetyczną cynamonkę, która okazała się przyschniętym drożdżowcem z odrobiną cynamonu, to raczej już tam nie wrócę. Przynajmniej – nie wrócę coś spożywać. 🙂
## Zapach, czyli… jaramsię programem pralki
BTW, a propos zapachu: Jednym ze źródełek mojej frustracji zawsze było to, że domownicy mogli sobie zrobić kawusię, a ja nie. I mi ładnie pachniała wprost do pokoju, a nie mogłam jej wypić, bo niestety nasz ekspres nie ma dwóch podajników, do kawy kofeinowej i bezkofeinowej. Teraz kawę już piję normalnie rano, a, co zabawne, zapachu kawy w kuchni NIE czuję. A co jeszcze bardziej frustrujące, nadal po południu czuję go w moim pokoju, gdy ktoś inny robi sobie tę kawę. Także życie jest niesprawiedliwe!
Z innej beczki:
– Wiecie, co jest fajne? – Napisałam wczoraj przyjaciołom. – To, że pierwszy raz włączyłam dzisiaj w pralce program Eco Bawełna i jaram się, jak szczerbaty na suchary!
– Ok… – Dostałam odpowiedź. – A co Cię w tym tak cieszy?
– No, że mogłam go włączyć!
– A, no też prawda.
Ja mówię całkowicie serio. Do tej pory korzystałam w mojej pralce z dwóch programów – codziennego i do rzeczy ciemnych. Ostatnio dostałam pytanie, rzucone mimochodem, dlaczego nie używam programów do bawełny, które są dłuższe, więc się dokładniej wszystko wypierze.
Takich pytań NIE rzuca się w mojej obecności!
– No bo czasu więcej zabierają! – Powiedziałam.
– No i co z tego? Jak masz czas, jak sobie wkomponujesz w harmonogram, to co Ci zależy?
Z tym argumentem trudno mi było dyskutować.
A że jak już złapię fazę na coś, to jest to faza wręcz paranoiczna, to skończyło się dialogiem z początku. Poprzedzonym kilkudziesięciopromptową rozmową z Gemini, jakie są różnice tych dwóch programów, jakie – poszczególne wady i zalety, co się opłaca i jak co prać. Także dzięki osobie, która nawet nie wie, co za lawinę ruszyła. xd
Jeśli chodzi o związek z nagłówkiem, to zauważyłam, że ciuchy pachną po tym programie jakoś tak inaczej – bardziej intensywnie. Nie wiem, czy to złudzenie, czy nie, ale takie mam wrażenie po dwóch cyklach. Ale ja mam zawsze wrażenie, że za dużo wlałam płynu do płukania, więc…
BTW, Persill Discs to, chwilowo, nasz zapachowy zwycięzca. Ariella wykańczamy, bo trzeba wykończyć, by się na zawsze pożegnać.
## Słuch, czyli… paranoi ciąg dalszy
Dlaczego dwóch cyklach?
A no bo, po skończeniu cyklu pierwszego, wczoraj włączyłam pierwszy raz na serio cykl z opóźnionym zakończeniem. W zamyśle moje ręczniki miały się uprać tak, bym o 08:30 mogła je na spokojnie rozwiesić. Przygotowałam się odpowiednio: Zatyczki do uszu (Bo nikt nie chcę się o piątej rano obudzić przez pobór wody w pralce, no heloł!), zamknięte obie pary drzwi i takie tam. Bo ja, tak w dużym uproszczeniu, jestem w nocy cholernie na dźwięki wrażliwa. Jakież było moje zdziwienie, gdy weszłam o 08:15 do łazienki po to, by stwierdzić, że praleczka już milczy. Z taką pewną nieśmiałością szarpnęłam za klameczkę, by odkryć, że moje rzeczy już są wyprane, pachnące, no i mokre, oczywiście.
Biorąc pod uwagę, że wstawiłam ją wczoraj o 21:25 i program miał się zakończyć równo za 11 godzin, oceniam, że pralka chyba zakrzywiła czasoprzestrzeń i nasz ludzki czas miała trochę gdzieś. Praleczko, na przyszłość, nadgorliwość to wiesz, od czego jest gorsza… xd Zmiany czasu, kochana, też nie było. Btw, ciekawe, jak ona by zareagowała na zmianę czasu… Ona – nijak, jak się domyślam. Ja – trochę gorzej.
## Dotyk, czyli… przebijam jakoś ten temat
Początkowo o dotyku miałam pisać w kontekście zakupionych ubrań. I tych letnich, bawełnianych, i jesiennych, miększych i cieplejszych, tych sztucznych i tych naturalnych. Bo owszem, było co dotykać! Zresztą jest nadal. 🙂
No, to napisałam. Mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że ostatnio dokonała się w moim życiu zmiana, rzekłabym, przełomowa. Przynajmniej dla mnie. Otóż… Przebiłam sobie uszy! W sensie… przekłułam. W sensie… ktoś mi przekłuł, no.
Tak jest, moi Państwo, uchowałam się przez ten cały czas. Ominął mnie etap malutkiej, rocznej dzidzi z kolczyczkami w uszkach. Ominęło mnie masowe przekłuwanie w przedszkolu. Ominęło mnie nawet to do I Komunii Świętej i jeszcze parę innych. Jak? Dlaczego? Nie wiem w sumie. Do niedawna jakoś mi na tym nie zależało i dopiero jakiś czas temu dojrzałam do tej decyzji.
Czy bolało? Tak, bolało, bardziej, niż bym się spodziewała, chociaż naprawdę nie było źle.
A co, powiecie, ma to wspólnego z dotykiem? A no to, że wg surowych zaleceń Pani-Od-Przebijania oraz Internetów, takich świeżo przekłutych uszu nie wolno dotykać tak sobie, ot, dla dotykania. A ja chciałabym sobie badać, jak się te moje labrety ze srebrnymi kuleczkami (Nieodwołalny wybór piercerki) na tych uszach trzymają, bo wizualnie to chyba tego w ogóle nie widać, sądząc po reakcji (A raczej – braku reakcji!) osób widzących. No ale jak nie wolno, to nie wolno. :p Kolejnym zmartwieniem jest oczyszczanie, bo mam wrażenie, że zamiast te uszy koić, maltretuję je legendarnym gazikiem wyjałowionym, stanowczo (i mocno) przykładanym do ranki. Ale na razie tragedii nie ma, uszy się nie skarżą zanadto, więc chyba przebijemy, znaczy, przeżyjemy to, uszy i ja. 🙂
Na dzisiaj zakończę. Trochę napisałam o wszystkich zmysłach, a gdy przyjdzie mi coś do głowy, to, może, powstanie kolejny wpis.
Nominowanym życzę powodzenia, a Wam – miłej niedzieli!