Przy łyczkach o czterech kotach, Inkoccino (ale bez kotów w środku) i kilku innych sprawach

Moi drodzy,
gdy zaczynam pisać ten wpis, jest 08:57. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że wczoraj zasnęłam chyba po północy, a dzisiaj mój organizm stwierdził, że budzimy się o 05:00. Bo można. Bo tak! Mój brat, gdy był mały, przekonywał mamę niewiele później, że „Psiecieź juź jeśt wino!” i chyba mój organizm też to „wino” ma w głowie, skoro już kolejny raz zasypiam po północy, a dzisiaj, dodatkowo, obudził mnie tak wcześnie. Kiedyś normalnie ubiję drania.
*Dla poszukiwaczy teorii spiskowych uściślam – tak, owszem, mówię to metaforycznie.*
Mam wrażenie, że dzisiejszy wpis będzie dość krótki. Serdecznie dziękuję tym osobom, które zdecydowały się skomentować poprzedni – bardzo doceniam Wasz wkład i poświęcony czas.
Niedawno jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, czy ma wracać do blogowania, czy też nie.
– Wracaj! – Zawołałam ochoczo.
– No tak, ale wiesz, jak już piszesz bloga, to z nadzieją, że ktoś Ci go skomentuje…
Cóż, coś w tym jest. Pamiętam jeszcze czasy „starych” blogów, gdy komentarzy było po kilkadziesiąt od kilkudziesięciu użytkowników. Teraz jest ich kilka od 3, max 4 osób, co sprowadza się do prowadzenia po prostu długiej, koleżeńskiej, wzajemnej wymiany zdań. Ma to swój klimat – kameralny, znajomościowy itp, ale jednak nie tamten.
Tym niemniej podejmuję kolejną próbę opowiedzenia kawałeczka z mojego życia – może dla inspiracji, a może – dla zabicia nudy.
*Łyczek*moi mili Państwo, betatesty idą bardzo, bardzo, bardzo intensywnie. Powiedziałabym też, że jak burza, ale trochę nie nadążam za zmianami, które są wprowadzane i to nie tylko z jednej strony, więc nie wiem, czy te testy idą, jak burza, bo co nowa beta, to ja sama zgłaszam ok 3-4 nowych błędów lub propozycji zmian. Na temat organizacji i porządków w grupie betatesterskiej ogarnęła mnie istna obsesja, tak że jednego dnia wyczyściłam wszystkie (Dosłownie!) nieaktualne wątki, wiele wątpliwych przeniosłam itp. Ale już o tym mówiłam. Następnego dnia znów mnie nosiło, więc zrobiłam co innego, nie pamiętam już. I tak w koło, Macieju. Powoli zaczyna mi brakować zadań, nawet tych średnio rozsądnych czy przydatnych w danym momencie. I tak, ogarnięta paranoją, prawie się obraziłam na jednego testera, który pół żartem proponował, żeby coś usunąć, bo przecież potem będzie wisieć, wisieć… Zrobiła się z tego mała, nieprzyjemna aferka. Taka z osadem po niedomytej kawusi, że tak użyję ciekawego porównania kontekstowego. No ale cóż, zdarza się. To chyba jeszcze to Cappuccino ciągnęło za mocno. Bo ja potrafię się ostro zeschizować, jeśli coś robię, wkładam w to całe serducho, a potem ktoś mi tę moją pracę, nawet pośrednio, objedzie. Tak zresztą było w przypadku, gdy jeszcze byłam moderatorką w szerszym tego słowa znaczeniu. I może dlatego, po części, już nią nie jestem?…
Ale o co właściwie chodzi z tymi kotami?
To długa, zagmatwana historia. Miałaby trochę więcej patosu, gdybym opublikowała ją 18 lub 19 sierpnia. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, nie domyśli się. Nowe pokolenie Eltenowiczów będzie musiało zbudować własną historię, tak to już jest.
Tak czy siak wszystko zaczęło się od stwierdzenia, że „koty są dwa”.
Podobnie jak „Audiobukissss” oraz „ceeebuuuuulaaa!”, to największe memy tudzież legendy Eltena.
Bo już „Samolot, ale k*wa spadł” to troszkę inna era.
Tej pierwszej, wcześniejszej, nie znam dobrze nawet ja, a mogę się uznać za Eltenowego weterana.
Tak czy siak zdominowało ją stwierdzenie, że „koty są dwa”, najlepiej z wykrzyknikiem – „Koty są dwa!”, a jeszcze najlepiej, jak można było dodać tonem patetycznym: „Nie jeden! Nie trzy! Ale… Dwa!”. Ale ten slogan wygłaszać mogła tylko jedna osoba, która już sobie nie wygłosi, więc spuśćmy na to zasłonę. Jednocześnie składam ukłon Moni01, która przynajmniej dobrze wpasowuje się w kryteria. Chociaż ja, tak właściwie, też się wpasowuję, bo nie mam kotów. No bo skoro koty są, to są dwa. Ale kotów może też po prostu nie być. Co prawda nie wiem, jakie mnie za to czekają konsekwencje, ale przynajmniej nie mam, ku utrapieniu ludzkości, jednego kota. Albo, nie daj Boże, trzech…
Cóż, czasem przechodziło mi przez głowę pozyskanie kota do domowego stada. I wtedy byłyby dwa – ja, pantera, a także kotek. Więc też byłoby dobrze, prawda?
Że co, że nie wyjaśniam, o co z tymi czterema kotami?
A gdzie Wam się tak spieszy?
Jednego wieczora stwierdziłam, że z kilku względów trzeba podnieść na duchu jednego z braci testerskiej.
I wysłałam mu to:

Jest to bowiem moja osobista wendetta lub też kontynuacja tamtego legendarnego wątku. W wyniku przypomnienia sobie i zapoznania się ponownie z tą piosenką doszłam bowiem do wniosku, że koty są dwa albo cztery. Inaczej być nie może. To moja osobista opinia i niewiele osób ją rozumie, ale tester zrozumiał. A gdy jeszcze przeanalizowałam tekst pod kontem zamożenia tych biednych zwierząt, to już w ogóle.
No bo popatrzcie:
Koty siedzą w małym lasku, do tego w piasku. Są chude. Lubią psoty, ciągłe z nimi kłopoty, a do tego wykonawca łamie ręce, że znów wywrócą pranie i Burka śniadanie. Wniosek jest prosty: Ktoś te koty wy…kocił z domu. Skoro siedzą w lesie i są całkiem chude, to jest to jedyne wytłumaczenie. A do tego ta osoba jest rasistą, bo bardzo podkreśla, że te koty są rude. A stwierdzenie „My za nimi wciąż biegamy, no bo bardzo je kochamy!” to przejaw autentycznego, toksycznego, okrótnego wynaturzenia miłości. Od miłości do nienawiści jeden krok…
Hm, to chyba ten rodzaj piosenki, który, poza brakiem sensu sensu stricto, niesie podprogowe przekazy.
To tak, jak ta minidrama, którą w jednej z książek zrobiła Magdalena Witkiewicz, gdy odkryła, że „Mama starła kurz i naczynia zmyła już”, a tata „obiad zjadł i z gazetą coś tam siadł”.
Witkiewicz z taką piosenką to jest połączenie łatwe do przewidzenia.
*Tu jest ten sampel, gdzie grupa antyrasistów robi swoje legendarne „Łooooooooooooooo!”, tylko że go nie mam, a szukam.*
No, hurr-durr, jednym słowem.
Zara, o czym to ja?
A, tak. Więc kryzys chwilowo zażegnany, ale mnie, testera i przy okazji całą resztę ogarnęła głupawka, zwłaszcza, jak się okazało, że Daszek sobie wciskał F4 kablem i przez to prawie sobie poszedł na wieczność, a Paulina stała się Bralczykiem i Bańką w jednym, bo w celach testerskich zaspamiła wątek z błędem dot. klawiatury słowami z polskimi znakami. Pędu nie dało się zatrzymać! Z prostego posta w stylu „Synteza nie czyta mi polskich znaków i do tego potrafi mi wywalić pół tekstu, bo robi Ctrl+Z zamiast Alt+Z!” zrobiło się… coś. Na ponad 600 wpisów! Podczas tej ożywionej (Hehe!) dyskusji wieczornej, która pierwotnie miała się skończyć o 21:37 (symbolicznie), ale nagle o 21:36 się wszystkim przypomniało, że jeszcze mają tę głupawkę, okazało się, że odkryłam kilka funkcji, których nigdy wcześniej nie używałam (albo w trakcie dyskusji, albo, z konieczności, już po niej, gdy czyściliśmy pobojowisko). Tematy były poruszane wszelakie, od AI (Ja tego jednego to nadal podejrzewam! Po kilkuset promptach zaczął się naprawdę zachowywać jak GPT!), po plucie czyimiś paluchami (…), anteny do odbioru radia, dlaczego jeżdżenie windą jest dobre (lub złe, w zależności od punktu siedzenia) itp. Nie było to wprawdzie stare, dobre „Odwalanie” (Znów, kto wie, ten wie!”, ale było to zdecydowanie odprężające doznanie dla wielu jednostek ludzkich. A następnego dnia, przy czyszczeniu, pojawiło się kilka nowych błędów do rozwiązania. Więc robiliśmy to ku chwale itp.
*Łyczek… i wypiłam!*

Zmysłowo o tym, co działo się u mnie w ostatnim czasie

Moi drodzy i kochani,
czy ten wpis oznacza, że wróciłam do blogowania? Cóż, tego niestety nie mogę zagwarantować. Wiecie już dobrze, że u mnie wszystko opiera się na tym, że najpierw wracam, kontynuuję przez kilka tygodni, ale potem zapał opada, a i wpisy już się nie pojawiają.
Dlatego tym razem nic, ale to absolutnie nic nie obiecuję.
Natomiast mam dla Was nominację, którą zaraz sama spełnię.
I na samym początku nominuję do niej aż dwie osoby: Zuzler oraz Monię01. Zuzler, nie wymiguj się, że nie piszesz bloga, bo najwyższy czas znów zacząć. 🙂
Monia01, ciągle marudzisz o nowy temat wpisu, no to już go masz.
A na czym będzie nominacja polegać?
Otóż pod pięcioma nagłówkami/sekcjami głównymi, które dotyczą wszystkich pięciu zmysłów, możemy opowiedzieć, co dzieje/działo się u nas w ostatnim czasie. Dopuszczam też refleksyjny beł… yyy… strumień świadomości, chociaż zdecydowanie preferuję formę pierwszą, bardziej codzienno-aktualizacyjną. Zaraz zobaczycie, jak (i czy w ogóle) udało się to mi. Każdy nominowany nominuje dwie kolejne osoby, a wyzwanie może wracać do już wcześniej nominowanych pod warunkiem, że wpisy będzie od siebie oddzielać co najmniej 7 dni.
Do dzieła!

## Wzrok, czyli… zaczynam z grubej rury, a mianowicie – od lumpa w B.

Zaraz spytacie, jak sobie macie poradzić z najtrudniejszą kategorią, czyli ze wzrokiem właśnie. Recepta jest prosta – jakkolwiek chcecie. 🙂
No ale do rzeczy:
Niedawno byłam w B u Moni01. Pierwszy raz w odwiedzinach. Przy okazji zachorowałam na nowy pierdyliard sprzętu AGD, ale o tym innym razem. 🙂 No nie ukrywam, jestem gadżeciarą.
I cierpię z tego powodu, bo budżet zdecydowanie, kategorycznie i absolutnie nie lubi się z tą śmiałą koncepcją.
Natomiast ja chcę tu opisać wizytę. Wizytę w pewnym lumpie. Dosłownie. Ale uspokajam, chodzi wyłącznie o ciuchland. Taki sobie, dość duży, z kilkoma alejkami (Dowiedziałam się, że ciuchlandy mają alejki!). W takich przybytkach bywałam do tej pory rzadko i to z kilku powodów. Jednym z nich jest chociażby fakt, że ciuchy często dziedziczę po licznych ciotkach, które same prowadzą dynamiczną wymianę dóbr między sobą, swoimi znajomymi i znajomymi znajomych. Taki ot, nasz prywatny, rodzinny, mobilny lumpeks. Ale oto czas nadszedł:
Dwie widzące, dwie niewidome (Monia01 zgodziła się osobiście poddać mnie inicjacji), 3,5 godziny (Tak, tyle na to zeszło!) i ciuchland na wagę.
Nie do końca wiem, jak opisać to, co działo się potem. Musi Wam wystarczyć właśnie to, że spędziłam tam 3,5 godziny, z czego mniej więcej równą część wybierałam i równą – przymierzałam rzeczy. Jako magazyn rzeczy do przymierzalni posłużyły nam 2 kosze a la Biedronka na kółkach. I wysypywało się z nich trochę. 😀 W przypadku ostatnich elementów garderoby mierzyłam je w stylu „Najsłabsze ogniwo”, czyli dopiero po fakcie zdawałam sobie sprawę, co ja właściwie posiadam, a to dlatego, że miłe panie z kasy bardzo kategorycznie informowały co chwila, że one już zamykają i żeby kierować się do kas.
Wyglądało to tak:
– Julita, masz jeszcze 8 min. Tak jakby co. – otrzymałam komunikat strategiczny.
– Hmmm, ok, a ile jeszcze przed nami tych rzeczy?
– No, tak z 50, bym powiedziała.
– Oooookeeeeej, jestem w stanie z tym pracować…
I w ten magiczny sposób mierzyłam mniej więcej 2 rzeczy. Na minutę!
I ze wszystkich jestem zadowolona, a to dzięki Moniowej siostrze, która ma dar. Dar niezwykły, aurę, która ją otacza oraz promieniuje, w postaci wyszukiwania perełek. W szczególności w tym konkretnym ciuchlandzie.
Efekt przerósł moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania. Plecaki mój oraz pajpera, który mi towarzyszył, nie dopinały się i trzeszczały w szwach, a do tego przez centrum naszej stolycy mój uroczy towarzysz dźwigał torbę. Różową i dość puchatą. Z której radośnie wyglądała barwna, zmieszana pstrokacizna ciuchów. Mina przechodniów musiała być bezcenna.
Ja już pomijam, że jeszcze wcześniej, u Moni, pralka i suszarka pracowały równolegle, piorąc i susząc 3 pełne wsady.
Upchanie tego w szafach graniczyło z cudem, ale udało się i obyło bez strat w cywilach, kiedy to…
„Julita, następnym razem Ci przywiozę jeszcze jedną sukienkę, bo nam musiała wypaść przy sortowaniu i jest u mnie.” – zakomunikowała mi Monia. Dobrze, że tylko pisemnie…
A to wszystko, co najważniejsze, za kwotę, której nie wydałabym w większości sieciówek nawet za jedną dziesiątą tego, co kupiłam tam. I to jest dopiero układ! <3

A co ma to wspólnego ze wzrokiem?
No, właściwie to to, że mogę się teraz ubierać w różne rzeczy. I w nich ładnie wyglądać. I to fajne jest. 🙂

## Smak, czyli… Kawa o poranku ratunkiem dla ludzkości

Tak jakoś ostatnio mi dziwnie, powiem Wam. Od kilku tygodni mniej mi się chce, zauważam brak sił witalnych, zatrzymanie i chęć robienia nic. Mój perfekcjonizm krzyczy z całej siły, co utrudnia mi pozostawanie w tym stanie, póki mojemu organizmowi się nie odwidzi. Cóż, takie życie pedantki.
Od kilku tygodni natomiast eksperymentuję ja sobie radośnie z kawą. Ponieważ w moim życiu zdrowotnym zaszły ostatnio pewne zmiany (o tym innym razem), to stwierdziłam, że mogę pozwolić sobie na pierwsze, jeszcze nieśmiałe, eksperymenty z kofeiną. No i zaczęło się! Ach, jak przyjemnie jest rano kłaść kubek pod dyszą ekspresu, by zastanowić się, na co mam obecnie ochotę… Odkryłam, że:
a) Nie lubię kaw ze spienionym mlekiem; jeśli już, to w mini ilościach;
b) Lubię kawy o wyraźnym aromacie… no… kawy, takie bardziej mocniejsze, wyrazistrze, ale bez posmaku goryczki;
c) I żeby dużo było!
Moim ostatnim konsensusem jest 260 ml mocnej Cappuccino z 60% mleka.
Poranne picie kawy przy biórku stało się swego rodzaju rytułałem, który zakotwicza mnie w poranku i w ogóle motywuje do wstania, co jest ostatnio jakby odrobinę cięższe, tak jakoś wychodzi. Po kawie natomiast aż do dzisiaj przychodziło pobudzenie i entuzjazm do robienia różnych rzeczy.
Wczoraj, na ten przykład, jego łupem padły nieuporządkowane wątki w Czerwonej Księdze Betatestów Eltena. Jak przejechałam się po tym śmietniku na rzeczy niewiadome, tak nic po nim nie zostało. Nie wszystkim się to spodobało, ale ogólnie widzę ruch w interesie i to na plus, co przekonuje mnie, że przynajmniej na dobre wyszło to moje podwyższone chyba ciśnienie.
No i niestety dzisiaj zdecydowałam się na wypicie kawy z erytrytolem.
Wiecie, to nie tak, że było dobrze lub niedobrze.
Gdybym wcześniej nie wypiła kawy z cukrem, uznałabym chyba, że tak ma być. Pytanie, czy piłabym wtedy dalej kawę. xd
Najgorsze w erytrytolu jest to, że właściwie prawie nic nie można mu zarzucić. Ale owo „prawie” czyni naprawdę kosmiczną różnicę. Bierzesz łyk kawy do ust i wszystko jest ok. Ale po dosłownie chwili trzymania jej na języku uderza Cię, że, kurcze, coś tu jednak nie gra. A gdy prze
łkniesz, utwierdzasz się w przekonaniu, że tak, nie gra i to bardzo.
Nie wylałam tej kawy, wypiłam ją. Ale czy wrócę, to mam spore wątpliwości…
Tylko ten cukier, ach, ten cukier… Taki zdradliwy…
Bo do wczoraj myślałam, że moje pobudzenie wynika z kofeiny. Ale dzisiaj jakoś tak się nie pojawiło w takiej ilości, jak przedtem. Czyli że to jednak chyba nie kofeina, a cukier właśnie powoduje u mnie syndrom Maxa z „Domu dla zmyślonych przyjaciół Pani Foster” czy innego „Stalowego Giganta”.
A że przy okazji zauważam, że kawa jakby tak trochę bardziej wypłukiwała mi magnez, to się robi dość pesymistycznie. 🙁
BTW, ostatnio wypiłam mokkę w jednej z kawiarni. W dodatku bezkofeinową, bo piłam wieczorem. I, tak zupełnie szczerze, powiedzieć, że mnie nie porwała, to za mało powiedzieć. Smakowała, jakby ktoś wymieszał słabe kakao ze słabą kawą, której prawie w ogóle nie było czuć. Nie powiem, żeby to smaczne było. A że zjadłam tam również nieapetyczną cynamonkę, która okazała się przyschniętym drożdżowcem z odrobiną cynamonu, to raczej już tam nie wrócę. Przynajmniej – nie wrócę coś spożywać. 🙂

## Zapach, czyli… jaramsię programem pralki

BTW, a propos zapachu: Jednym ze źródełek mojej frustracji zawsze było to, że domownicy mogli sobie zrobić kawusię, a ja nie. I mi ładnie pachniała wprost do pokoju, a nie mogłam jej wypić, bo niestety nasz ekspres nie ma dwóch podajników, do kawy kofeinowej i bezkofeinowej. Teraz kawę już piję normalnie rano, a, co zabawne, zapachu kawy w kuchni NIE czuję. A co jeszcze bardziej frustrujące, nadal po południu czuję go w moim pokoju, gdy ktoś inny robi sobie tę kawę. Także życie jest niesprawiedliwe!

Z innej beczki:
– Wiecie, co jest fajne? – Napisałam wczoraj przyjaciołom. – To, że pierwszy raz włączyłam dzisiaj w pralce program Eco Bawełna i jaram się, jak szczerbaty na suchary!
– Ok… – Dostałam odpowiedź. – A co Cię w tym tak cieszy?
– No, że mogłam go włączyć!
– A, no też prawda.

Ja mówię całkowicie serio. Do tej pory korzystałam w mojej pralce z dwóch programów – codziennego i do rzeczy ciemnych. Ostatnio dostałam pytanie, rzucone mimochodem, dlaczego nie używam programów do bawełny, które są dłuższe, więc się dokładniej wszystko wypierze.
Takich pytań NIE rzuca się w mojej obecności!
– No bo czasu więcej zabierają! – Powiedziałam.
– No i co z tego? Jak masz czas, jak sobie wkomponujesz w harmonogram, to co Ci zależy?
Z tym argumentem trudno mi było dyskutować.
A że jak już złapię fazę na coś, to jest to faza wręcz paranoiczna, to skończyło się dialogiem z początku. Poprzedzonym kilkudziesięciopromptową rozmową z Gemini, jakie są różnice tych dwóch programów, jakie – poszczególne wady i zalety, co się opłaca i jak co prać. Także dzięki osobie, która nawet nie wie, co za lawinę ruszyła. xd
Jeśli chodzi o związek z nagłówkiem, to zauważyłam, że ciuchy pachną po tym programie jakoś tak inaczej – bardziej intensywnie. Nie wiem, czy to złudzenie, czy nie, ale takie mam wrażenie po dwóch cyklach. Ale ja mam zawsze wrażenie, że za dużo wlałam płynu do płukania, więc…
BTW, Persill Discs to, chwilowo, nasz zapachowy zwycięzca. Ariella wykańczamy, bo trzeba wykończyć, by się na zawsze pożegnać.

## Słuch, czyli… paranoi ciąg dalszy

Dlaczego dwóch cyklach?
A no bo, po skończeniu cyklu pierwszego, wczoraj włączyłam pierwszy raz na serio cykl z opóźnionym zakończeniem. W zamyśle moje ręczniki miały się uprać tak, bym o 08:30 mogła je na spokojnie rozwiesić. Przygotowałam się odpowiednio: Zatyczki do uszu (Bo nikt nie chcę się o piątej rano obudzić przez pobór wody w pralce, no heloł!), zamknięte obie pary drzwi i takie tam. Bo ja, tak w dużym uproszczeniu, jestem w nocy cholernie na dźwięki wrażliwa. Jakież było moje zdziwienie, gdy weszłam o 08:15 do łazienki po to, by stwierdzić, że praleczka już milczy. Z taką pewną nieśmiałością szarpnęłam za klameczkę, by odkryć, że moje rzeczy już są wyprane, pachnące, no i mokre, oczywiście.
Biorąc pod uwagę, że wstawiłam ją wczoraj o 21:25 i program miał się zakończyć równo za 11 godzin, oceniam, że pralka chyba zakrzywiła czasoprzestrzeń i nasz ludzki czas miała trochę gdzieś. Praleczko, na przyszłość, nadgorliwość to wiesz, od czego jest gorsza… xd Zmiany czasu, kochana, też nie było. Btw, ciekawe, jak ona by zareagowała na zmianę czasu… Ona – nijak, jak się domyślam. Ja – trochę gorzej.

## Dotyk, czyli… przebijam jakoś ten temat

Początkowo o dotyku miałam pisać w kontekście zakupionych ubrań. I tych letnich, bawełnianych, i jesiennych, miększych i cieplejszych, tych sztucznych i tych naturalnych. Bo owszem, było co dotykać! Zresztą jest nadal. 🙂
No, to napisałam. Mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że ostatnio dokonała się w moim życiu zmiana, rzekłabym, przełomowa. Przynajmniej dla mnie. Otóż… Przebiłam sobie uszy! W sensie… przekłułam. W sensie… ktoś mi przekłuł, no.
Tak jest, moi Państwo, uchowałam się przez ten cały czas. Ominął mnie etap malutkiej, rocznej dzidzi z kolczyczkami w uszkach. Ominęło mnie masowe przekłuwanie w przedszkolu. Ominęło mnie nawet to do I Komunii Świętej i jeszcze parę innych. Jak? Dlaczego? Nie wiem w sumie. Do niedawna jakoś mi na tym nie zależało i dopiero jakiś czas temu dojrzałam do tej decyzji.
Czy bolało? Tak, bolało, bardziej, niż bym się spodziewała, chociaż naprawdę nie było źle.
A co, powiecie, ma to wspólnego z dotykiem? A no to, że wg surowych zaleceń Pani-Od-Przebijania oraz Internetów, takich świeżo przekłutych uszu nie wolno dotykać tak sobie, ot, dla dotykania. A ja chciałabym sobie badać, jak się te moje labrety ze srebrnymi kuleczkami (Nieodwołalny wybór piercerki) na tych uszach trzymają, bo wizualnie to chyba tego w ogóle nie widać, sądząc po reakcji (A raczej – braku reakcji!) osób widzących. No ale jak nie wolno, to nie wolno. :p Kolejnym zmartwieniem jest oczyszczanie, bo mam wrażenie, że zamiast te uszy koić, maltretuję je legendarnym gazikiem wyjałowionym, stanowczo (i mocno) przykładanym do ranki. Ale na razie tragedii nie ma, uszy się nie skarżą zanadto, więc chyba przebijemy, znaczy, przeżyjemy to, uszy i ja. 🙂

Na dzisiaj zakończę. Trochę napisałam o wszystkich zmysłach, a gdy przyjdzie mi coś do głowy, to, może, powstanie kolejny wpis.
Nominowanym życzę powodzenia, a Wam – miłej niedzieli!