13. T. Pratchett, „Bogowie, honor, Ankh-Morpork”

Błagam, nie każcie mi pisać nazwy tego miasta raz jeszcze…
Typowa, Pratchettowska powieść o straży w Świecie Dysku – Vimes jako swego rodzaju spiritus Movens, Marchewa, który hamuje i jednocześnie napędza Vimesa, Angua (chyba tak się pisze jej imię), która jednocześnie hamuje i napędza Marchewę, no i Nobi i Collon, którzy nie muszą być hamowani i napędzani, bo się sami napędzają. Tzn. fajnie byłoby ich czasem przyhamować, ale to już moja prywatna opinia.
Zagadka dość mocno skomplikowana, ciekawe zwroty akcji, zupełnie niespodziewane zakończenie… Tak, zakończenia powieści o straży i w ogóle powieści Pratchetta cenię, bo jak już się zaczynasz domyślać, co się stanie, on Ci elegancko gra na nosie.
Swoją drogą ciekawa jestem, czy można sobie w Świecie Dysku zagrać na nosie, skoro tam wszystko jest inaczej…
"Na Glinianych Nogach" podobało mi się bardziej, nawet dużo bardziej, ale i tę książkę oczywiście polecam. To, w przeciwieństwie do Witkiewicz, zdecydowanie nie jest odmużdżacz, ale już odskocznia od szarości – owszem.

12. M. Witkiewicz, „Pracownia dobrych myśli”

Z Witkiewicz to jest tak, że niektóre jej książki mi się bardzo podobają, a niektórych w ogóle nie kończę. Tę doceniłam dopiero po jakimś czasie, już w trakcie czytania i oczywiście po tym, jak zajrzalam na koniec.
Jak to u Witkiewicz, można spokojnie się zrelaksować i zapomnieć o szarzyźnie dnia codziennego. Jest szczypta romansu, duża doza humoru i moc dobrych myśli, a raczej – rad, by je w sobie pielęgnować. I tego oczekiwałam po książce Witkiewicz.
O fabule jako takiej znów trudno mówić (to mój słaby punkt), ale z grubsza możemy powiedzieć, że książka opowiada o pewnej pracowni krawieckiej po babce, którą wnuczek postanawia przekształcić w pracownię florystyczną. Siłą rzeczy zaczyna w jej progi przyciągać wszystkich mieszkańców kamienicy, którzy orbitują wokół niej, jak wokoło gwiazdy. No i tak rodzą się znajomości, przyjaźnie, a nawet – miłości.
Autorka nie zawsze podaje nam na tacy proste rozwiązania – często wydaje się, że główny bohater będzie "z tą jedną, jedyną", a tu klops – zupełnie inaczej i nawet nie do końca tak, jakbyśmy chcieli. Ale cóż, w końcu to opowieść o życiu, prawda?…

11. T. Pratchett, „Piekło Pocztowe”

No dobra, dobra, dawno już, naprawdę dawno przeczytałam "Piekło Pocztowe", ale pisanie recenzji to jest ta część wyzwania, której po prostu nie lubię. 🙂
Tym niemniej muszę przyznać, że ta część Świata Dysku była dla mnie najbardziej atrakcyjna, chociaż oczywiście pod pewnymi względami.
Jak zwykle ciągnące się w nieskończoność wstęp i zakończenie (za ten wstęp Pratchett powinien dostać szczypa w ramię), nie zawsze "fajne" opisy sytuacji i dygresyjki, które niekoniecznie wprawiały mnie w stan głupawki ze śmiechu…
Brzmi jak ostry hejt?
Nie będzie nim – to jest po prostu bardzo dobra książka. Ma w sobie odrobinę żartu, odrobinę zadumy, wiele ukazuje prawd bezpośrednio, a jeszcze więcej – niebezpośrednio.
Spytacie, o czym właściwie jest. Wiecie, jak to u Pratchetta – naprawdę trudno jest opisać fabułę.
Ale w tym wypadku sprawa jest w miarę jasna – złoczyńca, który ma zostać powieszony, otrzymuje od patrycjusza drugą szansę – ma zostać naczelnikiem podupadłego urzędu pocztowego i przywrócić mu dawny blask. Może wybrać tę posadę lub wyjść z komnaty tam, gdzie czeka na niego przepaść – wybór należy tylko do niego. Obrotny biznesmen decyduje się na to ostatnie i stara się zmierzyć z ponurym przeznaczeniem. Ku zaskoczeniu nas wszystkich i jego samego angażuje się w sprawę całym sercem. Musi przecież dostarczyć setki tysięcy listów, które chcą być dostarczone. No i odkryć, co i dlaczego mówią wśród opuszczonych murów urzędu…
Pisanie, że postaci nakreślone są barwnie, bla, bla, bla, po prostu nie pasuje do opisów książek Pratchetta. Więc tu Was pozostawię. No i oczywiście powiem, że polecam. 🙂

Czy to już folk, czy to jeszcze cepelia?

Z dziecięcych wspomnień zachowałam tylko przebłysk skocznych, wesołych piosenek biesiadnych, puszczanych z kasety. Pamiętałam tylko alikwoty, jakieś pojedyncze nuty, motywy…
Jakież było moje zdziwienie, gdy zupełnym przypadkiem, po odsłuchaniu jednego z rodzinnych nagrań, odkryłam na nim właśnie fragment tej kasety i na tej podstawie byłam w stanie znaleźć całą składankę.
Okazuje się, że szczęśliwie byłam wtedy w posiadaniu nagrania z Gali Piosenki Biesiadnej, zdaje się, z roku 1994.
Dzisiaj, pod wpływem tamtych wspomnień, odtworzyłam sobie na Youtube galę pierwszą i zachwyciłam się tym, jak się wtedy śpiewało, co się śpiewało i jak się do tego śpiewania podchodziło.
Pomyśleć, że wtedy komuś w ogóle chciało się organizować taką galę i to w dodatku z udziałem orkiestry, a innemu komuś – kupować na nią bilety…
Oto poniżej fragment wspomnień – jeżeli nie moich, to na pewno czyichś.
Pierwsza część obfituje w piosenki wojskowe, ale w drugiej, jak przypuszczam, więcej jest tych śpiewanych przy przysłowiowym kielichu.
Zapraszam!

Rozmowy z Bogiem: Egoistka albo wierzę czy nie praktykuję?

Ostatnio zobaczyłam w którejś z ankiet, że uważa się mnie za "hartcore’owo wierzącą", czy coś takiego. Miłe to określenie i bardzo mnie bawi, ale nie z powodu, który wydawałby się najbardziej oczywisty.
Niedawno mi się to określenie przypomniało i zaczęłam zastanawiać się, co to znaczy.
No bo, jeżeli dobrze pamiętam zasady logiki z liceum, to zdanie może być albo fałszywe, albo prawdziwe. A z wiarą jest tak, że albo się wierzy, albo się nie wierzy. Albo wierzysz, że istnieje Święty Mikołaj, albo wierzysz, że nie istnieje. Zastanawiam się, czy istnieją jakieś… poziomy wiary i wydaje mi się, że nie.
Tylko tutaj pojawia się pewien problem moralny:
Ten ktoś (Pozdrawiam Cię serdecznie, kimkolwiek jesteś!) napisał, że mogę być patronką pokoju, miłości czy czegoś tam, a może religii na przykład, bo "hartcore’owo wierzę". Czyli co?
Jestem jakaś… inna? Popełniam mniej błędów? Mniej błędów popełniać z zasady powinnam?
Często Chrześcijanom, zwłaszcza Katolikom, zarzuca się, że udają świętych, a przecież też popełniają błędy. No i to teoretycznie jest racja, ale gdyby tak przeanalizować zasady moralne rządzące, na ten przykład, ateistą, to w głębii swego jestestwa wyznaje on dokładnie te same prawidła, co ja: Nie zabijaj, kochaj, wybaczaj, nie kradnij, nie rań, żyj w zgodzie z sobą, z innymi i z naturą. Robi to dla siebie, czasem dla bliskich, a nie dla Boga lub bogów, ale robi to. Bo jest to wpisane w jestestwo każdego człowieka, podobnie jak pragnienie władzy, bogactwa i dobrobytu. Więc takie wynoszenie siebie jako Katolika (lub ostatecznie Chrześcijanina) ponad innych, ale też z drugiej strony zarzucanie mu przez kogoś czegoś, co powinien lub czego nie powinien tylko dlatego, że jest "Kato", zdaje mi się mocno nie fair. Można mi zarzucić, że nie jestem, że tak powiem, ludzka, że nie kieruję się zasadami prostego człowieczeństwa, ale nie to, że jestem "Kato".
Co oznacza "praktykować"? Chodzić do kościoła? Modlić się? Pościć? Przestrzegać Dziesięciu Przykazań?
Ale jeżeli tak, to nie ma to nic wspólnego z wiarą, bo to są czynności, a nie – wiara. Mogłabym robić to wszystko i w ogóle nie wierzyć, że istnieje coś takiego, jak Bóg Wszechmogący w Trójcy Jedyny.
Czcić Boga można poprzez wywijanie zwariowanych pląsów w puszczy na polanie w stroju z liści palmowych, obżerając się jednocześnie chipsami z kokosa. Czcić Boga można, słuchając hip-hopu, Trance, muzyki chrześcijańskiej czy metalu. Czcić Boga można, tak po prostu uprawiając seks.
Wiecie, że gdyby wszystko było jak należy, gdyby absolutnie wszyscy ludzie wzajemnie się kochali i kochali Boga, to taki wymysł ludzki, jak religia i Kościół, w ogóle by nie istniał? Żylibyśmy tak, jak dzisiaj (No dobra, może nie tak, jak dzisiaj, ale wiecie, o co mi chodzi), tylko w absolutnej jedności ze światem i z sobą. Wyobraźcie sobie najbardziej kochaną istotę na świecie i to, co potraficie dla niej zrobić. A teraz wyobraźcie sobie, że kochacie tak samo też wszystkich ludzi na świecie, tylko oczywiście miłością inną, bo każda miłość jest inna i nie ma dwóch identycznych. Po co religie? Po co Kościoły i kościoły?
Takie to luźne rozważania snuję, nie mające z sobą wiele wspólnego, ale traktuję to także jako formę uporządkowania moich jakże nieuporządkowanych myśli.
Często czuję się w relacji z Bogiem jak szmata. Tzn. nie to, że się upokarzam, nie to, że myślę sobie, że jestem marnym pyłem, "prochem i niczem", ale po prostu uważam, że jestem nie fair. Poznałam w ostatnim czasie smak przyjaźni i miłości i mam ich solidne wyobrażenie. Chcę, żeby mój przyjaciel mnie rozumiał, był lojalny, umiał pocieszyć, pośmiać się razem lub popłakać. Chcę, by osoba, która mnie kocha, umiała oddać za mnie życie, by akceptowała mnie taką, jaka jestem i by wierzyła we mnie bezgranicznie, no i żeby pragnęła tylko mojego dobra, które niekoniecznie wiąże się z wygodami. Chcę tego, ale tego sama nie daję, tak światu, jak i Bogu. Jestem coś winna ludziom, ale nie umiem tego z siebie wykrzesać. Ergo, jestem egoistką. Nie piszcie mi, że to nieprawda, nie potrzebuję tego. Nie potrzebuję też potwierdzenia, bo sama to wiem.
Ostatnio weszłam w fazę, w której traktuję Boga jako przyjaciela. Bo tego potrzebuję. Był już Król, Cesarz, Ojciec, Bóg, nawet towarzysz dziecięcych zabaw, a ostatnio skupiam się na przyjaźni. Wiem, że zawsze mogę dostać gorącą herbatkę (czarną albo Earlgray, albo malinkową), domowe ciacho i chwilę ciszy. Bez żadnych pogadanek. Uśmiech i cisza. I spokój, oderwanie się od rzeczywistości, może ciepło kominka, wspólną kąpiel w zimnym jeziorze, krzyk bezsilności gdzieś na leśnej polanie, bieg bez celu, bez pocieszania, bez mówienia "To po coś jest, to Twój krzyż, będzie dobrze, kiedyś…"… I tak sobie myślę, że jestem zołzą, bo nie oddaję tego samego. Ja postawiłam pewne warunki tej przyjaźni, do których się dostosował, ale tych postawionych przez niego już nie chce mi się spełniać. Oczywiście "warunki przyjaźni" to bardzo złe słowo, bo przyjaźń nie stawia warunków i tym różni się Bóg od ludzi, że nadal jest moim przyjacielem, mimo moich fochów.
A czegoś o tych chwiejnych podstawach przyjaźni mogłam się ostatnio dowiedzieć.
Ale spotykamy się wtedy, gdy ja chcę, robimy to, czego ja chcę, a najbardziej sobie o tej przyjaźni przypominam, gdy mi się coś zgubi albo poplącze. Jednym słowem, egoistka. :p

10. T. Pratchett, „Świat na glinianych nogach”

Jak można się domyślić, ta ostatnia pozycja została przeczytana za namową pajpera i muszę przyznać, że podobała mi się o wiele bardziej o "Wiedźmikołaja", choć i ten był całkiem przyjemną lekturą.
Fabuła w Świecie Dysku jest tak trudną do opisania w recenzji rzeczą, że nie wiem, jak się za to zabrać, ale w skrócie chodzi o to, że nie dość, że zaczynają w mieście ginąć niewinni ludzie, to jeszcze ktoś truje patrycjusza i to nie wiadomo, w jaki sposób, a o to wszystko podejrzewa się golemy.
Czy to one faktycznie stoją za morderstwami? Czy rozbicie ich wszystkich młotami i zabranie ich "słów" to dobry pomysł? Czy najciemniej jest zawsze pod… świecą?
Polecam, chociaż i tutaj styl Pratchetta czasem męczy, a czasem – bawi.

9. D. Terakowska, „Samotność Bogów”

Jon ma mniej więcej 12 lat, gdy zupełnym przypadkiem przekracza rzekę w zakazanym miejscu. Teoretycznie Tabu, Święty Zakaz, wciąż pcha go do tyłu, ale on nie zważa na to, bo przecież musi uratować tonącą dziewczynkę, Gaję. Dzieci stają bezpiecznie na drugim brzegu w zakazanej części lasu. Problem polega na tym, że Jon bardzo chciałby pójść dalej ścieżką.
Ten wypadek zapoczątkowuję "drogę" Jona – wybrańca boga Światowida, jednego z zapomnianych bóstw plemienia, niemal już bezimiennego.
Jon musi zadecydować, czy podda się woli bóstwa, czy też pozostanie wierny Bogu Dobroci, którego czcić nauczyli plemię kapłani w długich sukniach.
Czy cywilizacja zawsze jest dobra? Czy nawrócenie musi się odbywać kosztem wyparcia starych przekonań? I wreszcie, czy starzy bogowie po prostu odchodzą w zapomnienie?

To zdecydowanie nie jest książka dla dzieci – jest zbyt skomplikowana, zbyt filozoficzne porusza tematy. Nie czyta się jej lekko, ale na pewno z zainteresowaniem.
Polecam, choć nie na leniwe, letnie popołudnie w świetle słoneczka.

5-6-7-8. M. Witkiewicz, cykl „Dobre Myśli”

Dobra, przyznam się, że, jak to ja, czytałam w bardzo dziwnej kolejności, tzn. najpierw pierwszą część (prawie całą), potem trochę drugiej, prawie całą czwartą i trzecią, tym razem calutką.
Moja zgubna skłonność do zerkania na koniec ujawniła się i tutaj.
Przez wszystkie cztery książki przewija się Milaczek, czyli Milena Wolicka, de domo… hm… nie pamiętam jej panieńskiego nazwiska.
Jest to taka typowa, normalna, codzienna kobieta, która żyje, pracuje i oczywiście przeżywa perturbacje miłosne, bo bez tego nie byłoby cyklu. 🙂 Tym niemniej czyta się przyjemnie.
Magdalenę Witkiewicz bardzo lubię i gdy mam wszystkiego dosyć i chcę trochę się zrelaksować, sięgam po kolejną jej książkę.
Mimo wszystko mogę wypunktować kilka wad zasadniczych:
1. Pewna powtarzalność typów bohaterek – do pewnego stopnia, bo niektóre charaktery są wyraziste, ale jednak;
2. Absolutne niedocenienie roli faceta, męża, czy jak to się teraz mówi – partnera, w związku.
Matko, jakich, za przeproszeniem, debili kreuje nasza autorka w swoich książkach… Zapominają o podstawowych kwestiach, są nieogarnięci, naprawdę niewiele potrafią, ale lecą na kobiece wdzięki i chcą bezproblemowo założyć rodzinę. Najlepiej taką, w której kobieta będzie robić niemal wszystko, co wymaga strategicznego planowania i w ogóle myślenia.
Bohaterki traktują ich z pewnego rodzaju pobłażliwością lub irytacją.
Ciekawe, czy w którejś z nieprzeczytanych jeszcze przeze mnie książek, facet jest górą w związku…
3. Zmęczenie kobiet.
Wszystkim.
Pracą,
dziećmi,
mężami,
smakiem kawy,
łóżkiem,
figurą (własną, męża lub koleżanek i kobiecych wrogów),
ciuchami…
A tak poza tym, polecam.
Jedyną książką, której naprawdę, naprawdę przyjemnie się słuchało, którą przeczytałam całą i nie chciało mi się przeskakiwać, była część trzecia.
Ale do innych książek autorki oczywiście sięgnę!

2-3-4. M. Kisiel, cykl o Małym Lichu

Bożek mieszka sobie w domu z dala od miasteczka wraz z mamą, aniołem strużem o imieniu Licho, potworem pod łóżkiem, którego się nie boi i który ma na imię Gucio, wujkiem-samotnikiem, jego aniołem strużem – Tsatkielem, drugim wujkiem-figlarzem, drugim potworem – Krakenem, który jest kucharzem, niemieckimi widmami, które mieszkają na strychu i lubią bawić się w wojnę i paroma innymi "domownikami".
Chłopak jest wesoły, ciekawski i rozbrykany; ma też jedną przypadłość, która mu się zdarza od niemowlęctwa – czasem potrafi zniknąć. I ma prawo, ponieważ o ile mama jest człowiekiem, o tyle tata nim nie jest. O tacie w ogóle mało się mówi, choć to nie jest temat tabu. Tak po prostu wyszło, że taty nie ma.
A Bożek ma iść do szkoły, gdzie kwestia taty wypłynie w końcu i wszystko się wyda. Wyda się, że tata jest…
Nie, nie zdradzę Wam tego!
I że Bożek często odwiedza krainę zaświatów, bo…
Nie, tego nie powiem także!
Barwne, kontrastowe postaci, ich małe słabostki i ogromne tragedie, przygody Bożka, po których poznaniu zaczęłam zastanawiać się, z której planety jest Pani Kisiel… Jednym słowem, polecam cykl całym sercem!
Bożek będzie musiał robić rzeczy, o których w konwencjonalnych książkach dla grzecznych dzieci w ogóle się nie śniło, np. zejść do piekła, by od drugiej strony stawu (tej pod dnem) uratować wujkowego anioła struża.
Krainy, które pozna, są tak dziwne i mroczne, że można troszkę się przestraszyć, ale tylko troszkę.
Zastanawiam się, do jakiego wieku przypisać ten cykl i myślę, że można polecać go dzieciom ośmioletnim i starszym, ale z pewną dozą ostrożności.
Polecam go natomiast dorosłym, bo paradoksalnie to oni znajdą dużo w powieściach teoretycznie przeznaczonych dla dzieci.
Tak to już jest z Martą Kisiel, że jeżel w jakiejkolwiek formie podpisuje się swoim nazwiskiem po książką, to jest to nietuzinkowa pozycja.
Szczerze polecam, każda książeczka w Voice Dreamie na dość szybkim tempie Ani ma ok. 4-5 godzin, więc w sam raz na leniwe popołudnie.