Sting, Fragile

Gdy płynie krew, bo się jednoczy z ciałem stal
I schnie w wieczornym słońcu, co odchodzi w dal,
Nazajutrz deszcz zmywa ślady gdzieś,
Lecz nie domywa plam z naszych serc

Być może akt ten po to jest, by móc rozstrzygnąć wreszcie spór,
Lecz przemoc nie zakończy nic, nie mogła nigdy – próżny trud!
I przyjdzie nam pod smutnym słońcem trwać
Nie zapomnijmy, kruchość jest w nas!

Wciąż i wciąż deszcz pada, jak
Słońca łez gorzki dar, słońca łez gorzki dar.
Wciąż i wciąż deszcz szepcze nam,
Że świat jest ze szkła. Że ta kruchość jest w nas.

Tekst oryginalny:
https://www.tekstowo.pl/sting/fragile

Sting napisał tę piosenkę podczas tropikalnej burzy na wyspie karaibskiej w 1987, poruszony wydarzeniami na arenie międzynarodowej, jak również brutalną śmiercią swojego przyjaciela, amerykańskiego inżyniera Bena Lindera, zatrudnionego przy budowie małej elektrowni wiatrowej w ramach Korpusu Pokoju w Nikaragui, zamordowanego przez antyrządowe bojówki 28 kwietnia tego roku.

https://api.elten.link/api/v1/audio/blog-posts/hARjHTFjSr782giECp27OpKM

Przy łyczkach o czterech kotach, Inkoccino (ale bez kotów w środku) i kilku innych sprawach

Moi drodzy,
gdy zaczynam pisać ten wpis, jest 08:57. Nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że wczoraj zasnęłam chyba po północy, a dzisiaj mój organizm stwierdził, że budzimy się o 05:00. Bo można. Bo tak! Mój brat, gdy był mały, przekonywał mamę niewiele później, że „Psiecieź juź jeśt wino!” i chyba mój organizm też to „wino” ma w głowie, skoro już kolejny raz zasypiam po północy, a dzisiaj, dodatkowo, obudził mnie tak wcześnie. Kiedyś normalnie ubiję drania.
*Dla poszukiwaczy teorii spiskowych uściślam – tak, owszem, mówię to metaforycznie.*
Mam wrażenie, że dzisiejszy wpis będzie dość krótki. Serdecznie dziękuję tym osobom, które zdecydowały się skomentować poprzedni – bardzo doceniam Wasz wkład i poświęcony czas.
Niedawno jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, czy ma wracać do blogowania, czy też nie.
– Wracaj! – Zawołałam ochoczo.
– No tak, ale wiesz, jak już piszesz bloga, to z nadzieją, że ktoś Ci go skomentuje…
Cóż, coś w tym jest. Pamiętam jeszcze czasy „starych” blogów, gdy komentarzy było po kilkadziesiąt od kilkudziesięciu użytkowników. Teraz jest ich kilka od 3, max 4 osób, co sprowadza się do prowadzenia po prostu długiej, koleżeńskiej, wzajemnej wymiany zdań. Ma to swój klimat – kameralny, znajomościowy itp, ale jednak nie tamten.
Tym niemniej podejmuję kolejną próbę opowiedzenia kawałeczka z mojego życia – może dla inspiracji, a może – dla zabicia nudy.
*Łyczek*moi mili Państwo, betatesty idą bardzo, bardzo, bardzo intensywnie. Powiedziałabym też, że jak burza, ale trochę nie nadążam za zmianami, które są wprowadzane i to nie tylko z jednej strony, więc nie wiem, czy te testy idą, jak burza, bo co nowa beta, to ja sama zgłaszam ok 3-4 nowych błędów lub propozycji zmian. Na temat organizacji i porządków w grupie betatesterskiej ogarnęła mnie istna obsesja, tak że jednego dnia wyczyściłam wszystkie (Dosłownie!) nieaktualne wątki, wiele wątpliwych przeniosłam itp. Ale już o tym mówiłam. Następnego dnia znów mnie nosiło, więc zrobiłam co innego, nie pamiętam już. I tak w koło, Macieju. Powoli zaczyna mi brakować zadań, nawet tych średnio rozsądnych czy przydatnych w danym momencie. I tak, ogarnięta paranoją, prawie się obraziłam na jednego testera, który pół żartem proponował, żeby coś usunąć, bo przecież potem będzie wisieć, wisieć… Zrobiła się z tego mała, nieprzyjemna aferka. Taka z osadem po niedomytej kawusi, że tak użyję ciekawego porównania kontekstowego. No ale cóż, zdarza się. To chyba jeszcze to Cappuccino ciągnęło za mocno. Bo ja potrafię się ostro zeschizować, jeśli coś robię, wkładam w to całe serducho, a potem ktoś mi tę moją pracę, nawet pośrednio, objedzie. Tak zresztą było w przypadku, gdy jeszcze byłam moderatorką w szerszym tego słowa znaczeniu. I może dlatego, po części, już nią nie jestem?…
Ale o co właściwie chodzi z tymi kotami?
To długa, zagmatwana historia. Miałaby trochę więcej patosu, gdybym opublikowała ją 18 lub 19 sierpnia. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, nie domyśli się. Nowe pokolenie Eltenowiczów będzie musiało zbudować własną historię, tak to już jest.
Tak czy siak wszystko zaczęło się od stwierdzenia, że „koty są dwa”.
Podobnie jak „Audiobukissss” oraz „ceeebuuuuulaaa!”, to największe memy tudzież legendy Eltena.
Bo już „Samolot, ale k*wa spadł” to troszkę inna era.
Tej pierwszej, wcześniejszej, nie znam dobrze nawet ja, a mogę się uznać za Eltenowego weterana.
Tak czy siak zdominowało ją stwierdzenie, że „koty są dwa”, najlepiej z wykrzyknikiem – „Koty są dwa!”, a jeszcze najlepiej, jak można było dodać tonem patetycznym: „Nie jeden! Nie trzy! Ale… Dwa!”. Ale ten slogan wygłaszać mogła tylko jedna osoba, która już sobie nie wygłosi, więc spuśćmy na to zasłonę. Jednocześnie składam ukłon Moni01, która przynajmniej dobrze wpasowuje się w kryteria. Chociaż ja, tak właściwie, też się wpasowuję, bo nie mam kotów. No bo skoro koty są, to są dwa. Ale kotów może też po prostu nie być. Co prawda nie wiem, jakie mnie za to czekają konsekwencje, ale przynajmniej nie mam, ku utrapieniu ludzkości, jednego kota. Albo, nie daj Boże, trzech…
Cóż, czasem przechodziło mi przez głowę pozyskanie kota do domowego stada. I wtedy byłyby dwa – ja, pantera, a także kotek. Więc też byłoby dobrze, prawda?
Że co, że nie wyjaśniam, o co z tymi czterema kotami?
A gdzie Wam się tak spieszy?
Jednego wieczora stwierdziłam, że z kilku względów trzeba podnieść na duchu jednego z braci testerskiej.
I wysłałam mu to:

Jest to bowiem moja osobista wendetta lub też kontynuacja tamtego legendarnego wątku. W wyniku przypomnienia sobie i zapoznania się ponownie z tą piosenką doszłam bowiem do wniosku, że koty są dwa albo cztery. Inaczej być nie może. To moja osobista opinia i niewiele osób ją rozumie, ale tester zrozumiał. A gdy jeszcze przeanalizowałam tekst pod kontem zamożenia tych biednych zwierząt, to już w ogóle.
No bo popatrzcie:
Koty siedzą w małym lasku, do tego w piasku. Są chude. Lubią psoty, ciągłe z nimi kłopoty, a do tego wykonawca łamie ręce, że znów wywrócą pranie i Burka śniadanie. Wniosek jest prosty: Ktoś te koty wy…kocił z domu. Skoro siedzą w lesie i są całkiem chude, to jest to jedyne wytłumaczenie. A do tego ta osoba jest rasistą, bo bardzo podkreśla, że te koty są rude. A stwierdzenie „My za nimi wciąż biegamy, no bo bardzo je kochamy!” to przejaw autentycznego, toksycznego, okrótnego wynaturzenia miłości. Od miłości do nienawiści jeden krok…
Hm, to chyba ten rodzaj piosenki, który, poza brakiem sensu sensu stricto, niesie podprogowe przekazy.
To tak, jak ta minidrama, którą w jednej z książek zrobiła Magdalena Witkiewicz, gdy odkryła, że „Mama starła kurz i naczynia zmyła już”, a tata „obiad zjadł i z gazetą coś tam siadł”.
Witkiewicz z taką piosenką to jest połączenie łatwe do przewidzenia.
*Tu jest ten sampel, gdzie grupa antyrasistów robi swoje legendarne „Łooooooooooooooo!”, tylko że go nie mam, a szukam.*
No, hurr-durr, jednym słowem.
Zara, o czym to ja?
A, tak. Więc kryzys chwilowo zażegnany, ale mnie, testera i przy okazji całą resztę ogarnęła głupawka, zwłaszcza, jak się okazało, że Daszek sobie wciskał F4 kablem i przez to prawie sobie poszedł na wieczność, a Paulina stała się Bralczykiem i Bańką w jednym, bo w celach testerskich zaspamiła wątek z błędem dot. klawiatury słowami z polskimi znakami. Pędu nie dało się zatrzymać! Z prostego posta w stylu „Synteza nie czyta mi polskich znaków i do tego potrafi mi wywalić pół tekstu, bo robi Ctrl+Z zamiast Alt+Z!” zrobiło się… coś. Na ponad 600 wpisów! Podczas tej ożywionej (Hehe!) dyskusji wieczornej, która pierwotnie miała się skończyć o 21:37 (symbolicznie), ale nagle o 21:36 się wszystkim przypomniało, że jeszcze mają tę głupawkę, okazało się, że odkryłam kilka funkcji, których nigdy wcześniej nie używałam (albo w trakcie dyskusji, albo, z konieczności, już po niej, gdy czyściliśmy pobojowisko). Tematy były poruszane wszelakie, od AI (Ja tego jednego to nadal podejrzewam! Po kilkuset promptach zaczął się naprawdę zachowywać jak GPT!), po plucie czyimiś paluchami (…), anteny do odbioru radia, dlaczego jeżdżenie windą jest dobre (lub złe, w zależności od punktu siedzenia) itp. Nie było to wprawdzie stare, dobre „Odwalanie” (Znów, kto wie, ten wie!”, ale było to zdecydowanie odprężające doznanie dla wielu jednostek ludzkich. A następnego dnia, przy czyszczeniu, pojawiło się kilka nowych błędów do rozwiązania. Więc robiliśmy to ku chwale itp.
*Łyczek… i wypiłam!*

Zmysłowo o tym, co działo się u mnie w ostatnim czasie

Moi drodzy i kochani,
czy ten wpis oznacza, że wróciłam do blogowania? Cóż, tego niestety nie mogę zagwarantować. Wiecie już dobrze, że u mnie wszystko opiera się na tym, że najpierw wracam, kontynuuję przez kilka tygodni, ale potem zapał opada, a i wpisy już się nie pojawiają.
Dlatego tym razem nic, ale to absolutnie nic nie obiecuję.
Natomiast mam dla Was nominację, którą zaraz sama spełnię.
I na samym początku nominuję do niej aż dwie osoby: Zuzler oraz Monię01. Zuzler, nie wymiguj się, że nie piszesz bloga, bo najwyższy czas znów zacząć. 🙂
Monia01, ciągle marudzisz o nowy temat wpisu, no to już go masz.
A na czym będzie nominacja polegać?
Otóż pod pięcioma nagłówkami/sekcjami głównymi, które dotyczą wszystkich pięciu zmysłów, możemy opowiedzieć, co dzieje/działo się u nas w ostatnim czasie. Dopuszczam też refleksyjny beł… yyy… strumień świadomości, chociaż zdecydowanie preferuję formę pierwszą, bardziej codzienno-aktualizacyjną. Zaraz zobaczycie, jak (i czy w ogóle) udało się to mi. Każdy nominowany nominuje dwie kolejne osoby, a wyzwanie może wracać do już wcześniej nominowanych pod warunkiem, że wpisy będzie od siebie oddzielać co najmniej 7 dni.
Do dzieła!

## Wzrok, czyli… zaczynam z grubej rury, a mianowicie – od lumpa w B.

Zaraz spytacie, jak sobie macie poradzić z najtrudniejszą kategorią, czyli ze wzrokiem właśnie. Recepta jest prosta – jakkolwiek chcecie. 🙂
No ale do rzeczy:
Niedawno byłam w B u Moni01. Pierwszy raz w odwiedzinach. Przy okazji zachorowałam na nowy pierdyliard sprzętu AGD, ale o tym innym razem. 🙂 No nie ukrywam, jestem gadżeciarą.
I cierpię z tego powodu, bo budżet zdecydowanie, kategorycznie i absolutnie nie lubi się z tą śmiałą koncepcją.
Natomiast ja chcę tu opisać wizytę. Wizytę w pewnym lumpie. Dosłownie. Ale uspokajam, chodzi wyłącznie o ciuchland. Taki sobie, dość duży, z kilkoma alejkami (Dowiedziałam się, że ciuchlandy mają alejki!). W takich przybytkach bywałam do tej pory rzadko i to z kilku powodów. Jednym z nich jest chociażby fakt, że ciuchy często dziedziczę po licznych ciotkach, które same prowadzą dynamiczną wymianę dóbr między sobą, swoimi znajomymi i znajomymi znajomych. Taki ot, nasz prywatny, rodzinny, mobilny lumpeks. Ale oto czas nadszedł:
Dwie widzące, dwie niewidome (Monia01 zgodziła się osobiście poddać mnie inicjacji), 3,5 godziny (Tak, tyle na to zeszło!) i ciuchland na wagę.
Nie do końca wiem, jak opisać to, co działo się potem. Musi Wam wystarczyć właśnie to, że spędziłam tam 3,5 godziny, z czego mniej więcej równą część wybierałam i równą – przymierzałam rzeczy. Jako magazyn rzeczy do przymierzalni posłużyły nam 2 kosze a la Biedronka na kółkach. I wysypywało się z nich trochę. 😀 W przypadku ostatnich elementów garderoby mierzyłam je w stylu „Najsłabsze ogniwo”, czyli dopiero po fakcie zdawałam sobie sprawę, co ja właściwie posiadam, a to dlatego, że miłe panie z kasy bardzo kategorycznie informowały co chwila, że one już zamykają i żeby kierować się do kas.
Wyglądało to tak:
– Julita, masz jeszcze 8 min. Tak jakby co. – otrzymałam komunikat strategiczny.
– Hmmm, ok, a ile jeszcze przed nami tych rzeczy?
– No, tak z 50, bym powiedziała.
– Oooookeeeeej, jestem w stanie z tym pracować…
I w ten magiczny sposób mierzyłam mniej więcej 2 rzeczy. Na minutę!
I ze wszystkich jestem zadowolona, a to dzięki Moniowej siostrze, która ma dar. Dar niezwykły, aurę, która ją otacza oraz promieniuje, w postaci wyszukiwania perełek. W szczególności w tym konkretnym ciuchlandzie.
Efekt przerósł moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania. Plecaki mój oraz pajpera, który mi towarzyszył, nie dopinały się i trzeszczały w szwach, a do tego przez centrum naszej stolycy mój uroczy towarzysz dźwigał torbę. Różową i dość puchatą. Z której radośnie wyglądała barwna, zmieszana pstrokacizna ciuchów. Mina przechodniów musiała być bezcenna.
Ja już pomijam, że jeszcze wcześniej, u Moni, pralka i suszarka pracowały równolegle, piorąc i susząc 3 pełne wsady.
Upchanie tego w szafach graniczyło z cudem, ale udało się i obyło bez strat w cywilach, kiedy to…
„Julita, następnym razem Ci przywiozę jeszcze jedną sukienkę, bo nam musiała wypaść przy sortowaniu i jest u mnie.” – zakomunikowała mi Monia. Dobrze, że tylko pisemnie…
A to wszystko, co najważniejsze, za kwotę, której nie wydałabym w większości sieciówek nawet za jedną dziesiątą tego, co kupiłam tam. I to jest dopiero układ! <3

A co ma to wspólnego ze wzrokiem?
No, właściwie to to, że mogę się teraz ubierać w różne rzeczy. I w nich ładnie wyglądać. I to fajne jest. 🙂

## Smak, czyli… Kawa o poranku ratunkiem dla ludzkości

Tak jakoś ostatnio mi dziwnie, powiem Wam. Od kilku tygodni mniej mi się chce, zauważam brak sił witalnych, zatrzymanie i chęć robienia nic. Mój perfekcjonizm krzyczy z całej siły, co utrudnia mi pozostawanie w tym stanie, póki mojemu organizmowi się nie odwidzi. Cóż, takie życie pedantki.
Od kilku tygodni natomiast eksperymentuję ja sobie radośnie z kawą. Ponieważ w moim życiu zdrowotnym zaszły ostatnio pewne zmiany (o tym innym razem), to stwierdziłam, że mogę pozwolić sobie na pierwsze, jeszcze nieśmiałe, eksperymenty z kofeiną. No i zaczęło się! Ach, jak przyjemnie jest rano kłaść kubek pod dyszą ekspresu, by zastanowić się, na co mam obecnie ochotę… Odkryłam, że:
a) Nie lubię kaw ze spienionym mlekiem; jeśli już, to w mini ilościach;
b) Lubię kawy o wyraźnym aromacie… no… kawy, takie bardziej mocniejsze, wyrazistrze, ale bez posmaku goryczki;
c) I żeby dużo było!
Moim ostatnim konsensusem jest 260 ml mocnej Cappuccino z 60% mleka.
Poranne picie kawy przy biórku stało się swego rodzaju rytułałem, który zakotwicza mnie w poranku i w ogóle motywuje do wstania, co jest ostatnio jakby odrobinę cięższe, tak jakoś wychodzi. Po kawie natomiast aż do dzisiaj przychodziło pobudzenie i entuzjazm do robienia różnych rzeczy.
Wczoraj, na ten przykład, jego łupem padły nieuporządkowane wątki w Czerwonej Księdze Betatestów Eltena. Jak przejechałam się po tym śmietniku na rzeczy niewiadome, tak nic po nim nie zostało. Nie wszystkim się to spodobało, ale ogólnie widzę ruch w interesie i to na plus, co przekonuje mnie, że przynajmniej na dobre wyszło to moje podwyższone chyba ciśnienie.
No i niestety dzisiaj zdecydowałam się na wypicie kawy z erytrytolem.
Wiecie, to nie tak, że było dobrze lub niedobrze.
Gdybym wcześniej nie wypiła kawy z cukrem, uznałabym chyba, że tak ma być. Pytanie, czy piłabym wtedy dalej kawę. xd
Najgorsze w erytrytolu jest to, że właściwie prawie nic nie można mu zarzucić. Ale owo „prawie” czyni naprawdę kosmiczną różnicę. Bierzesz łyk kawy do ust i wszystko jest ok. Ale po dosłownie chwili trzymania jej na języku uderza Cię, że, kurcze, coś tu jednak nie gra. A gdy prze
łkniesz, utwierdzasz się w przekonaniu, że tak, nie gra i to bardzo.
Nie wylałam tej kawy, wypiłam ją. Ale czy wrócę, to mam spore wątpliwości…
Tylko ten cukier, ach, ten cukier… Taki zdradliwy…
Bo do wczoraj myślałam, że moje pobudzenie wynika z kofeiny. Ale dzisiaj jakoś tak się nie pojawiło w takiej ilości, jak przedtem. Czyli że to jednak chyba nie kofeina, a cukier właśnie powoduje u mnie syndrom Maxa z „Domu dla zmyślonych przyjaciół Pani Foster” czy innego „Stalowego Giganta”.
A że przy okazji zauważam, że kawa jakby tak trochę bardziej wypłukiwała mi magnez, to się robi dość pesymistycznie. 🙁
BTW, ostatnio wypiłam mokkę w jednej z kawiarni. W dodatku bezkofeinową, bo piłam wieczorem. I, tak zupełnie szczerze, powiedzieć, że mnie nie porwała, to za mało powiedzieć. Smakowała, jakby ktoś wymieszał słabe kakao ze słabą kawą, której prawie w ogóle nie było czuć. Nie powiem, żeby to smaczne było. A że zjadłam tam również nieapetyczną cynamonkę, która okazała się przyschniętym drożdżowcem z odrobiną cynamonu, to raczej już tam nie wrócę. Przynajmniej – nie wrócę coś spożywać. 🙂

## Zapach, czyli… jaramsię programem pralki

BTW, a propos zapachu: Jednym ze źródełek mojej frustracji zawsze było to, że domownicy mogli sobie zrobić kawusię, a ja nie. I mi ładnie pachniała wprost do pokoju, a nie mogłam jej wypić, bo niestety nasz ekspres nie ma dwóch podajników, do kawy kofeinowej i bezkofeinowej. Teraz kawę już piję normalnie rano, a, co zabawne, zapachu kawy w kuchni NIE czuję. A co jeszcze bardziej frustrujące, nadal po południu czuję go w moim pokoju, gdy ktoś inny robi sobie tę kawę. Także życie jest niesprawiedliwe!

Z innej beczki:
– Wiecie, co jest fajne? – Napisałam wczoraj przyjaciołom. – To, że pierwszy raz włączyłam dzisiaj w pralce program Eco Bawełna i jaram się, jak szczerbaty na suchary!
– Ok… – Dostałam odpowiedź. – A co Cię w tym tak cieszy?
– No, że mogłam go włączyć!
– A, no też prawda.

Ja mówię całkowicie serio. Do tej pory korzystałam w mojej pralce z dwóch programów – codziennego i do rzeczy ciemnych. Ostatnio dostałam pytanie, rzucone mimochodem, dlaczego nie używam programów do bawełny, które są dłuższe, więc się dokładniej wszystko wypierze.
Takich pytań NIE rzuca się w mojej obecności!
– No bo czasu więcej zabierają! – Powiedziałam.
– No i co z tego? Jak masz czas, jak sobie wkomponujesz w harmonogram, to co Ci zależy?
Z tym argumentem trudno mi było dyskutować.
A że jak już złapię fazę na coś, to jest to faza wręcz paranoiczna, to skończyło się dialogiem z początku. Poprzedzonym kilkudziesięciopromptową rozmową z Gemini, jakie są różnice tych dwóch programów, jakie – poszczególne wady i zalety, co się opłaca i jak co prać. Także dzięki osobie, która nawet nie wie, co za lawinę ruszyła. xd
Jeśli chodzi o związek z nagłówkiem, to zauważyłam, że ciuchy pachną po tym programie jakoś tak inaczej – bardziej intensywnie. Nie wiem, czy to złudzenie, czy nie, ale takie mam wrażenie po dwóch cyklach. Ale ja mam zawsze wrażenie, że za dużo wlałam płynu do płukania, więc…
BTW, Persill Discs to, chwilowo, nasz zapachowy zwycięzca. Ariella wykańczamy, bo trzeba wykończyć, by się na zawsze pożegnać.

## Słuch, czyli… paranoi ciąg dalszy

Dlaczego dwóch cyklach?
A no bo, po skończeniu cyklu pierwszego, wczoraj włączyłam pierwszy raz na serio cykl z opóźnionym zakończeniem. W zamyśle moje ręczniki miały się uprać tak, bym o 08:30 mogła je na spokojnie rozwiesić. Przygotowałam się odpowiednio: Zatyczki do uszu (Bo nikt nie chcę się o piątej rano obudzić przez pobór wody w pralce, no heloł!), zamknięte obie pary drzwi i takie tam. Bo ja, tak w dużym uproszczeniu, jestem w nocy cholernie na dźwięki wrażliwa. Jakież było moje zdziwienie, gdy weszłam o 08:15 do łazienki po to, by stwierdzić, że praleczka już milczy. Z taką pewną nieśmiałością szarpnęłam za klameczkę, by odkryć, że moje rzeczy już są wyprane, pachnące, no i mokre, oczywiście.
Biorąc pod uwagę, że wstawiłam ją wczoraj o 21:25 i program miał się zakończyć równo za 11 godzin, oceniam, że pralka chyba zakrzywiła czasoprzestrzeń i nasz ludzki czas miała trochę gdzieś. Praleczko, na przyszłość, nadgorliwość to wiesz, od czego jest gorsza… xd Zmiany czasu, kochana, też nie było. Btw, ciekawe, jak ona by zareagowała na zmianę czasu… Ona – nijak, jak się domyślam. Ja – trochę gorzej.

## Dotyk, czyli… przebijam jakoś ten temat

Początkowo o dotyku miałam pisać w kontekście zakupionych ubrań. I tych letnich, bawełnianych, i jesiennych, miększych i cieplejszych, tych sztucznych i tych naturalnych. Bo owszem, było co dotykać! Zresztą jest nadal. 🙂
No, to napisałam. Mogłabym zakończyć, ale dodam jeszcze, że ostatnio dokonała się w moim życiu zmiana, rzekłabym, przełomowa. Przynajmniej dla mnie. Otóż… Przebiłam sobie uszy! W sensie… przekłułam. W sensie… ktoś mi przekłuł, no.
Tak jest, moi Państwo, uchowałam się przez ten cały czas. Ominął mnie etap malutkiej, rocznej dzidzi z kolczyczkami w uszkach. Ominęło mnie masowe przekłuwanie w przedszkolu. Ominęło mnie nawet to do I Komunii Świętej i jeszcze parę innych. Jak? Dlaczego? Nie wiem w sumie. Do niedawna jakoś mi na tym nie zależało i dopiero jakiś czas temu dojrzałam do tej decyzji.
Czy bolało? Tak, bolało, bardziej, niż bym się spodziewała, chociaż naprawdę nie było źle.
A co, powiecie, ma to wspólnego z dotykiem? A no to, że wg surowych zaleceń Pani-Od-Przebijania oraz Internetów, takich świeżo przekłutych uszu nie wolno dotykać tak sobie, ot, dla dotykania. A ja chciałabym sobie badać, jak się te moje labrety ze srebrnymi kuleczkami (Nieodwołalny wybór piercerki) na tych uszach trzymają, bo wizualnie to chyba tego w ogóle nie widać, sądząc po reakcji (A raczej – braku reakcji!) osób widzących. No ale jak nie wolno, to nie wolno. :p Kolejnym zmartwieniem jest oczyszczanie, bo mam wrażenie, że zamiast te uszy koić, maltretuję je legendarnym gazikiem wyjałowionym, stanowczo (i mocno) przykładanym do ranki. Ale na razie tragedii nie ma, uszy się nie skarżą zanadto, więc chyba przebijemy, znaczy, przeżyjemy to, uszy i ja. 🙂

Na dzisiaj zakończę. Trochę napisałam o wszystkich zmysłach, a gdy przyjdzie mi coś do głowy, to, może, powstanie kolejny wpis.
Nominowanym życzę powodzenia, a Wam – miłej niedzieli!

34

"Ale tak już jest, że dobrzy ludzie wstydzą się rzeczy najdrobniejszych. Wymknie się
im jakieś przekleństwo albo im się odbije przy ludziach, czy – sami wiecie – bączek… i już się spalają ze wstydu. A źli ludzie nie wstydzą się nawet największych swoich przewinień. Naszkodzą, potrącą kogoś samochodem
po pijanemu, ukradną i jeszcze kłócą się, mają pretensje."
(Z. Domolewski, "Zosia pleciona")

Kartka z kalendarza

Rozpakowywałam zakupy. Z Frisco. Dużo ich było. Fajne.
Od śmierci Babci minęły 3 miesiące. Podniosłam się. To był wtorek. 22 lutego.
A potem 24. Urodziny mojej śp. Babci.
I znów upadłam.
Mam się o kogo martwić.
A dzisiaj znów ta piosenka.
I to chyba dobrze, że znów, mimo wszystko, umiem się z nią utożsamić.

Co tam u mnie?

Myśleliście, że styczeń skończył się dla mnie na tym, co Wam napisałam w ostatnim wpisie z cyklu? Czyli na ponad dziesięciu tysiącach znaków, tak na oko licząc?
Chyba nie znacie mnie dość dobrze, skoro sądzicie, że to wszystko. 🙂

##Powrót do aktywności fizycznej – oby na jak najdłużej!
W połowie stycznia miałam niewątpliwą przyjemność zapoznać się z Agnieszką, która to Agnieszka będzie pilnowała, żebym się nie zastała. 🙂 Przyjeżdża ona do mnie chwilowo raz w tygodniu i wyciska ze mnie soki, abym żyła dłużej, ciesząc się dobrym zdrowiem, zgrabną sylwetką, koordynacją ruchową itp itd.
Powrót do aktywności fizycznej zaczął się u mnie właściwie już na początku stycznia, gdy poczułam falę chęci na ćwiczenia. Akcja nabrała jednak potem tempa.
Na początku sądziłam, że mogę polegać tylko na treningach z Internetu, a właściwie z Youtube (treningi na centrumsportowca.pl są dość dobrze opisane, jeśli ktoś już wcześniej ćwiczył), ale mój problem polega na tym, że mam hipermobilność, pogłębioną dość mocno lordozę szyjną i lędźwiową i jeszcze pare innych "ale", które wymagają, żebym bardzo pilnowała się podczas ćwiczeń. A to z kolei sprawia, że najlepiej, by ktoś mnie pilnował.
No i pilnuje. 🙂 Oczywiście sama też ćwiczę, ale cotygodniowa kontrola zdecydowanie jest porządana.

##Powrót do czytania
Jak mogliście zauważyć, styczeń obfitował u mnie w recenzje książek.
Ciekawe u mnie to czytanie, bo czasem mam fazę i czytam ich po pięć, ale już przy tej piątej jestem tym czytaniem bardzo zmęczona, tak że potem, przez kilka następnych miesięcy, nie mogę spojrzeć na żadną. Nie jest to zdrowe i komfortowe, ale nie umiem zachować odpowiedniego balansu, niestety. 🙁

##Jakoś tak ciężko…
Z fundacyjnego wpisu na blogu domyśliliście się pewnie, że decyzją, która wytrąciła mnie miesiąc temu z równowagi, było odejście z Zarządu Fundacji Jamajki, szerzej znanej jako Maja Sobiech.
Nie będę rozwijać się zbytnio nt. samej tej decyzji – wspomniałam o niej w poprzednim wpisie i chociaż mam ochotę jeszcze dużo o niej gadać, to raczej słowa te nie są przeznaczone dla Was. 🙂
Muszę jednak przyznać się, że ta decyzja zatrzymała rozpędzone poprzednio koło zamachowe. Mieliśmy wiele zaplanowanych projektów, nowych inicjatyw, wiele nowych modeli, które już, już miały trafić do sklepu. Nie trafiają, nie działają, nie idą do przodu. Nawet ja nie mogę codziennie, jak dawniej, sumiennie spełniać swojego niewielkiego przydziału obowiązków. Wszystko dlatego, że nie mam motywacji.
Decyzja Mai była wyłącznie jej decyzją, a ogólnikowe "Właśnie pokazaliście, że nie można Wam ufać", skierowane do nas, jako do organizacji, uderza też we mnie, bezpośrednio we mnie. Sory, świecie kochany, ale to nie ja jestem winna. I wiecie, co mnie smuci najbardziej? Że wkładam w tę sprawę naprawdę wiele serca, czasu, poświęcenia, a obrywa mi się za to, co zrobił ktoś inny.
Stąd brak motywacji do dalszego działania, jakiś taki marazm. Skoro i tak ktoś, pośrednio lub bezpośrednio, przekreśli to, co z takim mozołem budowałam, to po co się właściwie starać? Ja mogę być czynna, ale inni i tak będą mieć w dupie. Albo też, zależnie od punktu widzenia, uznają, że ja też jestem współwinna.
Mogę tylko powiedzieć, że to przykre.
Humor i optymizm, którym tryskałam, nieco mnie więc opuściły.
Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem ich zupełnie pozbawiona. Mam wrażenie, że coś na stałe (lub na długo) zmieniło się w moim postrzeganiu rzeczywistości. Teraz, zgodnie z ideą Edith Eger, próbuję patrzeć na każdą sytuację z perspektywy jej dobrych aspektów. Widzę taki nawet w zmianach w Zarządzie, chociaż raczej nie wypada mi o nim publicznie pisać. 😉 Takimi właśnie technikami próbuję sobie pomagać w kiepskim (hormonalnie i pozahormonalnie) okresie w moim życiu.
Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę nie jest zły czas. Po prostu mój organizm źle obecnie na niego reaguje…

##Denka
Projekt "Denko" to w świecie Youtubowym i influencerskim opowiadanie o kosmetykach, które się zużyło do samego dna. To wrażenia z ich używania i rekomendacje dla ew. kupujących (takie denka cenię najbardziej).
W ostatnich tygodniach skończyły się:
* Faceboom, Mix me up, serum kolagenowe #3 – Prawdziwy Fenomen
Ciekawa sprawa z tym serum. Dostałam je do testów w ramach Klubu Recenzentki na wizaz.pl wraz z dwoma innymi produktami z serii. Już na samym początku oceniłam go wyżej niż elektrolitowego brata, ale zaskoczył mnie, gdy wróciłam go po przerwie. Jest gęsty, ładnie pachnie i bardzo przyjemnie wygładzał, nawilżał i leciutko napinał moją mieszaną, odwodnioną cerę. Oczywiście dawany pod krem. 🙂 Można stacjonarnie (i online też) kupić go tylko w Hebe.
* Speick, szampon w kostce do włosów cienkich – Objętość i blask
Produkt można na pewno kupić w Bioekodrogerii (https://bioekodrogeria.pl/product-pol-8363-Speick-Natural-Activ-szampon-w-kostce-do-wlosow-normalnych-Objetosc-i-Blask-60-g.html) i kosztuje obecnie 30 zł, ale przy obecnych cenach szamponów to nie jest dużo. Z resztą starcza na nie wiem ile. I pieni się jak wściekły!
To już moje drugie zużyte do końca opakowanie, ale mam jeszcze trzy. 🙂 Wszystko dlatego, że to produkt bardzo podróżny, więc jeden mam w domu rodzinnym, jeden – w Warszawie, a jeszcze jedną kostkę wożę w kosmetyczce, bo nie zajmuje stosunkowo dużo miejsca, a jest zawsze na podorędziu, gdybym musiała umyć włosy. Przez to nie muszę przelewać szamponów do malutkich opakowań i zastanawiać się, na ile mi taka "odlewka" starczy. Nie trzeba go właściwie rozpieniać, w przeciwieństwie do innych szamponów – wystarczy tylko wziąć go do rąk i porządnie zmydlić, a gęste mydliny nałożyć na skórę głowy (pamiętajcie, szampon jest do skóry głowy, nie do włosów) i masować. Na zmoczonej skórze głowy spieni się jeszcze bardziej. Do szamponów w kostce trzeba się przyzwyczaić, ale jak już je ogarniemy, są naprawdę super. 🙂 No i pamiętajcie, że nie wliczają się do limitów 200, 100 czy 50 ml do bagażu podręcznego w samolotach, no bo to przecie gramy, nie mililitry. 😉 Nawet pajper, osobnik myjący głowę codziennie, zdecydowanie przeciwny nowościom, innowacjom, rewolucjom, a przede wszystkim – naturalnej pielęgnacji, stwierdził po pobycie w Oxfordzie, że "Te szampony w mydełku to naprawdę praktyczne są!". #Wearethechampions

ALog #02 – Ogólne, niepełne spojrzenie na porządki, trochę rozkmin nt. produktywności i takie różne :)

Kochani,
Ten alog to ogólna przebieżka po moim dniu porządków z dn. 01.02.2024. Był to dla mnie bardzo trudny, ale też bardzo produktywny dzień. Wycięłam z audio duże fragmenty o sprzątaniu poszczególnych powierzchni – wrzucę je w ciągu kilkunastu najbliższych dni i dowiecie się, jak myję kabinę prysznicową, muszlę klozetową, lodówkę i parę innych powierzchni. Dodatkowo pomiędzy poobiednim wejściem z pokoju i ostatnim wejściem jest duża przerwa, w której umyłam kuchenkę gazową, podłogi, jak również odkurzyłam konty tradycyjnym odkurzaczem. Niestety te nagrania mi się nie zapisały, więc musicie wierzyć na słowo. 🙂

11. R. Kosin, „Dziecko z mgły”

Wszystko zaczyna się, gdy do Alicji dzwoni niejaka Miss Parker z informacją, że jest najbliższą krewną przybyłej z USA dziewczynki, której matka umarła i małą nie ma się kto zaopiekować. Alicja przyjeżdża na lotnisko z zamiarem wyjaśnienia tej pomyłki, ale zostaje z małą sam na sam tuż po ulotnieniu się jej ekscentrycznej opiekunki. Mia zdaje się być ofiarą mutyzmu wybiórczego, będącego następstwem smutnych przeżyć. Okazuje się jednak dziewczynką nadspodziewanie bystrą, zwłaszcza, gdy pozwoli się jej na autonomię.
Z czasem, mimo napomnień tajemniczej Parker, Alicja musi wtajemniczyć w przybycie małej Amerykanki swojego najlepszego kumpla, Bartodzieja, jak również Igę, sąsiadkę i matkę ośmiolatki, oraz swoją ciotkę Anielę. Ciotka zastąpiła Alicji rodziców, po tym, jak ci zginęli w wypadku, gdy Alicja miała tylko siedem lat… Zaraz zaraz, że co? Czyżby zbieg okoliczności? A czy Ciotka Aniela nie widziała nigdy wcześniej Emmy Parker? I czy zachowanie Mii nie przypomina reakcji siedmioletniej Alicji tuż po wypadku? Dlaczego obie nie pamiętają czasów przed zamieszkaniem u nieznajomych krewnych? Dlaczego na początku są apatyczne? I czemu nagle okazuje się, że matka Mii, uznawana za zmarłą, przecież żyje?
Powiem szczerze, że myślałam, że fabuła tej książki będzie inna. Że powieść Renaty Kosin przypomina mi "Magiczną chwilę" Kristin Hannah, którą swego czasu bardzo polubiłam, opowiadającą historię dzikiego dziecka, Alice, wychodzącego z mroku. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. Socjalizująca i adaptująca się do nowej rzeczywistości Mia staje się, w swej dziecięcej niewinności, coraz mroczniejsza, a jej historia – coraz bardziej zagmatwana i niepokojąca. Zwłaszcza, że z Alicją nie łączą dziecka tylko więzy krwi.
W dodatku w całą sprawę zamieszana jest tajemnicza Fundacja, o której nie mamy pewności, czy jest "dobra" czy też "zła".
A na domiar wszystkiego, zakończenie książki jest otwarte i bynajmniej nie do końca szczęśliwe.
Czytając "Dziecko z mgły", miałam wrażenie, że bohaterowie żyją w wielkim Matrixie, wciąż kontrolowani i obserwowani. Że każdy ich krok, każdy czyn jest przewidziany i na każdą ich reakcję jest plan. To z kolei sprawiło, że sama zaczęłam czuć się podobnie.
Bo skoro ludzie opisywani w książce mogli przeprowadzać swoje brudne machinacje zarówno w Polsce, jak i w Ameryce, to dlaczego nie mam wierzyć, że działają nadal, naprawdę?
Nie mogę powiedzieć, że jest to typowy kryminał. Uważam też, że w zarysowaniu postaci są pewne luki, a drobne niedociągnięcia zdarzają się nawet w fabule.
Niemniej jednak cieszę się, że udało mi się książkę przeczytać, nie zaglądając prawie na koniec. Ale cieszę się też, że na ten koniec zajrzałam, bo pozwoliło mi to nie bać się w pewnych, kluczowych dla fabuły momentach tylko dlatego, że wiedziałam, jak się to wszystko skończy.
Z tego miejsca znów muszę pozdrowić Eugeniusza Pompiusza, o którym podejrzewam, że ma zamiar zacząć mi wyskakiwać z lodówki, jak również Dorkę B, której z całego serca życzę, by nigdy nawet przez myśl jej nie przeszły lęki, jakie musiały odczuwać występujące w powieści matki.

10. P. R. Cichoń, „Pewnego razu w Świnioryjach”

Na wstępie chciałabym pozdrowić Eugeniusza Pompiusza oraz, nieobecnego tu już od czasu dłuższego, Marchevauxa, czyli zawodowo – p. Patryka Faliszewskiego oraz p. Dariusza Marchewkę, którzy pośrednio przyczynili się do minimalnego zepsucia mi mózgu. 😀
Gdy myślę o tej książce, to kojarzy mi się ona najbardziej z "Kiepskimi", których miałam przyjemność poznać tylko maleńki kawałek uniwersum, jak również z "Trzynastym Posterunkiem" (oj, tu jeszcze gorzej).
Waldek Paciaja jest sobie wioskowym pijaczkiem, który korzysta z życia na tyle, na ile starcza mu butelek, często pożyczanych od przyjaciół i im również. Picie z gwinta jest tu na porządku dziennym i dobrze, że pożyczają sobie butelki z wódką, bo przynajmniej wiadomo, że się niczym, siłą rzeczy, nie zarażą. 😀
Mundek Waśka, starszy od Waldka, jest jego opoką, przyłbicą i ostoją. Hamuje zapędy kolegi, jest jego kumplem, managerem, rzecznikiem prasowym i bodyguardem, jak trzeba.
Wszystko dzieje się w spokojnych, mazurskich Świnioryjach, gdzie czas faktycznie płynie wolniej, a ludzie – żyją spokojnie. Na tyle spokojnie, że Waldek w gminnym Gnijewie pojawia się raz na dziesięć lat, a wymiana dowodu osobistego to dla niego szok poznawczy.
Wszystko fajnie, dopóki nie pojawia się we wsi tajemniczy "Warszawiak", który zwabia Walę do tajemniczego domu Konieczki na końcu wsi i, nie wiadomo jak, wciąga go do lustra. Od tej pory, jak to się mówi, Wala ma wizje. A raczej sny. Przewiduje przyszłość, rozpoznaje morderców i złodziei, a nawet, we śnie, potrafi unieszkodliwić im hamulce w wozie. Już nie mówiąc o tym, że monolog umoralniający nt. marnowania potencjału wody jego ustami wypowiadają istoty pozaziemskie, a także o tym, że pierwszy widzi zombiaki, które wychodzą z grobów po burzy.
Także wiecie, dzieje się dużo. 🙂 Żadne opowiadanie nie ma zakończenia. Dziwne rzeczy po prostu się dzieją, a ludzie, chyba dość odporni psychicznie, po prostu sobie z nimi żyją. I już.
Ba – w pewnym momencie autor łamie czwartą ścianę, sam zjawiając się w Świnioryjach…
Zdradzać więcej nie będę. Jeśli chcecie sobie zepsuć mózgi, ale w stopniu minimalnym i zdolnym do szybkiego naprawienia, serdecznie polecam. 🙂 Chociaż miałam takie nieliczne minuty wieczorem, gdy czekałam, co mi wylezie ze ściany. Błeach!
Muszę tylko nadmienić, że akcja zawiązuje się dziwnie powoli. Mam wrażenie, że p. Roch Siemianowski, mistrz w tej dyscyplinie, musiał się najpierw dobrze wkręcić, nim przejął stery nad tym szaleństwem. No, ale jak już się wkręcił, to zaczęło się dziać. 😀 Gdy spojrzałam na jego nazwisko w metryczce, to wiedziałam, na co się piszę i nie zawiodłam się. Tzn. na tyle, na ile można nie zawieść się tak… pochrzanionym światem. 🙂

Z pisania pracy magisterskiej nauki kolejne

Niesamowitym jest, jak wiele dowiaduję się podczas pisania mojej nieszczęsnej magisterki, mojego nemesis i koszmaru nocnego obecnych czasów.
Otuż Mr. Hejwowski, niedościgniony wzór tzw. "scholars" w temacie, znany na całą Polskę jakże Świętej Pamięci profesor, który nawet uczył mnie przez jeden semestr (I że ja nie wiedziałam, z kim mam do czynienia!) podał w swej książce przykład, jak to swego czasu tłumaczył książkę z dziedziny astronomii, w której padło pojęcie "big crunch". Jeśli ładnie poprosicie pajpera, może zrobi na ten temat wpis – ja nie zamierzam wgłębiać się w szczegóły. 😀
Otuż owo "big crunch" jest przeciwieństwem "big bang", o którym mniej więcej wiemy, co to znaczy. Określa to tzw. Teorię Wielkiego Wybuchu, która stworzyła Wszechświat w formie, jaką znamy dzisiaj (no, mniej więcej w takiej).
I teraz tak: Samo przetłumaczenie banalnego "big bang" na monumentalne "Wielki Wybuch" jest już pewnego rodzaju uwzniośleniem. Bo skoro "bang" oznacza po prostu "buuuum", to dlaczego nie zostało to przetłumaczone na polski jako "wielkie buuum"? Tak, jak zrobiono to, nomen omen, w przypadku filmu z roku 2010 z Nianią McPhee jako główną bohaterką? Kto dał Polakom prawo do robienia z tego nie wiadomo jakiej teorii, skoro światowe sławy zza granicy mówią po prostu "buuuum" i się nie certolą?
I teraz dochodzimy do owego "crunch". Wiecie, co to znaczy, prawda? To jest ten dźwięk, który się wydaje np. siadając (oczywiście nie chcący) na paczce chipsów. Najlepiej zamkniętej. Albo nadeptując, np. na jakąś cenną a małą klawiaturkę bluetooth. Nie odda tego żadna klawiatura. Ciekawa sprawa z tym słowem, bo anglosasi mają swoje "crunch", które nie jest nawet onomatopeiczne w ścisłym sensie, ale oznacza coś, co w języku polskim nawet nie ma odpowiednika, a co brzmi mniej więcej jak krrrrhhhhhhhhhhhh. No sory, inaczej nie umiem tego zapisać.
I dochodzimy do tłumaczenia owego "crunch" na polski. Odejdźmy od skojarzenia z chipsami, wszak mowa o końcu świata… Trochę powagi, dobrze? Dziękuję.
No, więc o ile "big bang" miało już swoje monumentalne odzwierciedlenie w "Wielkim Wybuchu", o tyle, jak pisze prof. Hejwowski, zwany w skrócie przez swoich studentów po prostu "Hej" (Mam nadzieję, że Pan o tym wiedział, Profesorze…), podczas próby znalezienia tłumaczenia "Big Crunch" na polski napotkał na problem. Bo jedyne tłumaczenie wynikało z, nomen omen, tłumaczenia jakiegoś Polaka, który przekładał książkę angielską. Ów tłumacz, chyba niesiony szczytnymi ideałami, przetłumaczył "Big Crunch" na "Wielki Kres". Zapaliła mi się żółta lampka namber jeden. Ale gdy Hejwowski, zniechęcony propozycją kolegi, zastosował, wymyślone przez siebie, pojęcie "Wielka Implozja", w mojej głowie rozbrzmiał główny motyw z "Pogromców Mitów" i zdecydowałam się zasięgnąć opinii eksperta. Ekspert, przywołany potężnym okrzykiem z rodzaju "Daaaawiiiiiiid!" przybył i wyjaśnił, że w nomenklaturze, branży, slangu, czy co to tam jest, stosuje się termin "Wielki Kolaps". Po pierwsze więc, Profesorze Hejwowski i kolego wcześniejszy, gdzieście szukali? Czy książki przez Was tłumaczone były tak starymi, czy też zawiodły Internety? Bo pierwszy raz pojęcie "Wielki Kolaps" pada w pracy z roku 1992. I to w dodatku na Uniwersytecie Warszawskim. Więc jeśli te przekłady były późniejsze, to może jednak radzę się nie przyznawać. 😉 Przypuszczam jednak, że były dużo wcześniejsze. I fizycy, którzy patrzyli na Wasze wysiłki, stwierdzili, że… no chyba jednak nie skorzystają. 🙂 Po drugie, o ile anglosasi się nie certolili i, po prostu nazwali to "Big Crunch", czyli na nasze "Wielkie krhhhhhhhh", to my musieliśmy, też po naszemu, nazwać to "Wielkim Kolapsem". Ludzie, co to jest za anglicyzowanie (lub latinizowanie, jeśli istnieje takie pojęcie) prostego krhhhhhh??? Kto, siadając na paczce chipsów, mówi "kollllllappppppppppppssssss?".
Wywód skończony. Dziękuję za uwagę. 😀