27

"Bez przerwy, przez całe swoje życie, nasza Mama robi coś dla innych. To też jest
cecha Konopińskich – to skierowanie na zewnątrz: żeby dawać jak najwięcej, a nie
brać. Tak naprawdę ma to źródło w pobożności prostej i szczerej, rzetelnej, ale
bez cienia dewocji czy fanatyzmu (rzecz najzupełniej obca Konopińskim! –
podobnie jak Jowialskim). To jest spokojna pobożność, bardzo dyskretna, bez
ostentacji, bez potrzeby narzucania komukolwiek swych przekonań, strofowania,
nawracania, bez cienia jakże nam wszystkim dobrze znanej ostatnio niechęci wobec
tych, co myślą i czują inaczej. Nie mogę sobie wyobrazić swoich wujów czy
dziadków grzmiących, pouczających, jak trzeba wierzyć. Byli na to zbyt pokorni.
"
(M. Musierowicz, "Tym razem serio")

Trochę za dużo „osobowości”

Nie, nie przesłyszeliście się. 🙂
Ostatnimi czasy w mózg, serce i poczucie godności uderzył mnie nagłówek maila, który pewien w miarę znany w pewnych kręgach człowiek wysyła do sporej grupy osób, w tym także do mnie. Zaczyna on otóż wszystkie wiadomości od "Szanowne osoby,". I co w tym, powiecie, dziwnego?
A no to, że pono taki trend związany jest z tzw. szeroko pojętym "feminizmem". I chciałam się zapytać, bo ja może, nie wiem, jestem jakaś zacofana, gdzie tutaj jest jakiekolwiek docenienie kobiet i ich roli dla ludzkości? Dlaczego ja, Julita, nazywana jestem jeno "osobą"? Haaaloooo, jestem kobietą, dziewczyną, córką, potencjalną matką (kiedyś), studentką itp itd. Dobrze, że przynajmniej ów "ktoś", idąc za patocentryzmem, nie nazywa nas "istotami" ze względu na przynależność do gatunku zwierząt.
Wyobrażacie sobie maila zaczynającego się "Szanowne istoty,"? Przecież nie odbiegałby formalnie od standardów, bo każdy z nas jest istotą, prawda?
Z jednej strony umiem zaakceptować, choć zupełnie nie rozumiem, że duża część kobiet pragnie zrównania praw z mężczyznami, docenienia ich itp, z drugiej – naprawdę nie widzę w tak skonstruowanym nagłówku jakiejkolwiek budującej mnie jako kobietę narracji.
No, ale feministki ogółem ostatnio mocno mnie wkurzają. Spójrzmy na Ukrainę: Dlaczego kobiety, feministki, nie burzą się, że kobiety muszą migrować, zamiast walczyć na froncie wraz z mężczyznami? Dlaczego nie burzą się, iż wszelkie ustawy mobilizacyjne ich nie dotyczą? Czy mogą być matkami tylko wtedy, gdy trzeba zabrać dzieci i uciekać z niebezpieczeństwa, a nie mogą wtedy, gdy krzyczą o prawo do macicy? Do jakiego stopnia jest to po prostu zwykłe tchurzostwo i chęć wyłącznie posiadania przywilejów?
Acha, tak wracając do standardów komunikacyjnych i konwersacyjnych, to na miejscu panów studentów ja sama walczyłabym o prawo do… czegoś tam, skoro ostatnio pisze się "studentka/student" lub też "pani/pan". Dlaczego niby "pani" ma być na początku?
Kiedy i czy w ogóle mężczyźni zaczną walczyć o swoje prawa tak, jak robią to dzisiaj kobiety?
Nie mówię tego, by bronić mężczyzn i patriarchatu jako takiego, ale głośno się zastanawiam nad nielogicznością świata tego. 🙂
Miłego dnia!

Refleksja

Czy osoba, która mówi "Kocham Cię! Potrzebuję Cię!" lub też w ogóle w tej kategorii właściwie mówi nieprawdę?
Bo skoro częścią miłości jest poczucie potrzeby kogoś, chociażby ta częśc była mikroskopijna, to już nie jest miłość, tylko chęć zaspokojenia tej właśnie potrzeby. Jakiegoś prywatnego interesu. Interesu przytulenia, całusów, seksu, kasy, rozmowy, pocieszenia…
No bo skoro alkoholik potrzebuje alkoholu do życia, to czy oznacza to, że kocha alkohol? Tak naprawdę?
Czy prawdziwa miłośc nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy nie potrzebujemy danej osoby w ogóle do szczęścia, a mimo tego ją kochamy?

Co tam u mnie +kolejne urodziny. Prawie moje! :D

Nie wiem, dlaczego właściwie, ale ostatnio zagustowałam we wpisach na bloga, w których możecie poznać mnie nieco bardziej. Nie moje motta, złote myśli, nie muzykę, której słucham, tylko mnie i to, co się u mnie dzieje. Chyba inspiracją dla mnie była @Jamajka i jej genialne w stylu i formie wpisy. Serio, polecam! 🙂
##Lament na świat dziwny
Tak sobie zacznę od smutnej nutki, by skończyć na wesołą.
Byłam niedawno w miejscu, w którym dużo się mówi, a mało robi. Tzn. dużo się robi, ale mało z tego wychodzi tak naprawdę. Dużo papierów, mówienia o tych papierach, entuzjazmu nt. papierów i ich roli w kreowaniu nowego ł… tzn. nowego, lepszego świata, a ja, szara Kowalska, a właściwie szara Bartosiak, niewiele z tego w istocie mam. Więc po co to wszystko?
Po co to takie usztywnianie się, po co te sterty papierów, entuzjazm z ich powodu, udawanie, że to jest to, co zmieni moje życie…
Jak brutalny cios musi dostać polski system wszystkiego, by zmienić ten stan rzeczy? By działania nie miały w sobie tego rysu pustki i braku prawdziwego celu?
Bo ja ostatnio tak się trochę czuję. Że moje działania tego rysu nie posiadają.
Odczuwam to także, a może zwłaszcza, jako członek zarządu fundacji.
Tak się dzisiaj śmieliśmy z kolegą-prezesem, że o ile jeszcze kilkanaście miesięcy temu do białej gorączki doprowadzało nas bezcelowe zachowanie tych wszystkich szych na górze, np. szefów od tego, żeby niewidomym żyło się lepiej, o tyle teraz, stojąc na ich miejscu, rozumiemy nieco lepiej ich ból istnienia, z którego to zobojętnienie wynika. Bo jeżeli możesz grać tylko tymi kartami, które ktoś Ci z góry rzuca na stół, a te karty to nawet nie dochodzą do marnej piątki, to musisz jakoś sobie z nimi radzić. Zwłaszcza, jeżeli mimo wszystko dążysz do tego, by być normalnym, uczciwym człowiekiem i serio zasłużyć na swoje wynagrodzenie. A tu ogół uważa, że jak pracujesz dla dobra innych, to już Ci się nie należy. Co z tego, że pracujesz często więcej niż 8 godzin dziennie?
Hej, tak mi właśnie przyszło do głowy, że lekarze też pracują dla dobra innych. A więc to nas łączy, bo na ich wynagrodzenie też ludzie narzekają. 😀 Tylko że ich wynagrodzenie sięga dziesiątków tysięcy, a nasze, ekhm…A z boku wygląda, żeś graczem do dupy. 😀
Jeżeli masz do dyspozycji projekty, które wynikają z projektów, które wynikają z projektów, a poza tym to tonę papierologii i strach przed "Skarbówą" (pozdrawiam Pana, Panie Pratchett!), a w dodatku poczucie, bardzo silne poczucie, że ci, którzy są, że tak powiem, odbiorcami tego, co Ty im tam wyprodukujesz, nie czują z tego satysfakcji i traktują Ciebie jako zobojętniałego gracza do dupy, to serio się nie chce. I Ty wiesz, że jako beneficjent, jako odbiorca, też byś to tak potraktował, ale jednocześnie nic z tym nie możesz zrobić.
Z drugiej strony masz poczucie, że przecież jednak możesz zmienić świat…
##Czyje to urodziny są?
I tym niemiłym torem myślowym dochodzę do tego, że dzisiaj Fundacja Prowadnica obchodzi swoje pierwsze urodzinki.
Wylosowała długopis, kieliszek i banknot pińcetzłotowy. Nie no, żartowałam. 😀
A tak na poważnie, to bycie członkiem zarządu fundacji uczy naprawdę nie jednego i to w wielu swerach. Nauczyłam się, a właściwie wciąż się uczę, polegać na ludziach lub na nich nie polegać, hamować swoje zapędy, akceptować fakt, że nie zawsze będzie "po mojemu"… Dobra próba charakteru, ta Prowadnica. 😀 Uczę się takoż rzeczy bardziej banalnych, takich jak, bagatelka, spotykanie się z oficjelami różnej maści. Wiecie, że jak zaproponują coś ciepłego do picia, to nie wypada odmówić, bo jak odmawiacie, to dajecie do zrozumienia, że Wam się śpieszy i nie macie czasu? Serio! 😀 Trudno tak, o, opisać to wszystko, co dała mi fundacja. Bo to wygląda na nic szczególnego, zwłaszcza jak to się wyrazi na piśmie. Trzeba to po prostu poczuć.
Z jednej strony polecam taką przygodę, z drugiej – nie polecam. Nie uważam, by było wiele osób, które się do tego nadają. Ja, na ten przykład, się nie nadaję. 😀 Ale analizując charaktery wielu moich znajomych i nieznajomych, często naprawdę fajnych ludzi, dochodzę do wniosku, że oni nie nadawaliby się do tej roboty. Z wielu powodów. O ile nie masz, na ten przykład, śladowych umiejętności pracy w zespole, zróżnicowanym zespole, nie idź w to. O ile nie jesteś absolutnie bystry na tyle, by ogarnąć całą tę obrzydliwą biurokrację, nie idź w to. O ile nie masz tyłka twardego jak głaz od licznych kopniaków, też w to nie idź. Serio radzę! 🙂

##A co do tej zmiany świata, to…
Ostatnio wypracowałam sobie w głowie taką zasadę, którą można podsumować dwoma słowami: Po czterdziestce.
Po czterdziestce będę zezgredziałym, zramolałym grzybem, zołzą, która z pobłażliwością, litością lub wzgardą patrzeć będzie na poczynania tej śmiesznej, nic nie rozumiejącej młodzieży. Po czterdziestce, wcześniej nie. Mam jeszcze 16 lat na to, by zmienić świat. I nawet, jeżeli go nie zmienię, to zrobię chociaż krok naprzód dla tych, którzy przyjdą po mnie. Oby tylko naprzód, nie w tył…
Chyba od zarania dziejów jest tak, że starzy bywalcy uczty zwanej życiem ze wzgardą i litością patrzą na młodzież. Bo oni już wiedzą, oni widzieli, oni mają doświadczenie…
Tylko jakie? I dlaczego? Jakim prawem? Skąd się ono bierze? Jakbyśmy wszyscy w ten sposób rozumowali, nie zleźlibyśmy z drzewa. Założę się, że pierwszy na dole był jakiś młody jaskiniowiec z ambicją i bez rozumu. 😀
Ja mam 16 lat przed sobą. Potem mogę odpocząć i krzywić buźkę z litościwym wejrzeniem ciemnych ocząt. Szczęśliwie to jeszcze dużo czasu. Czasu, który gna jakby mu Redbull skrzydeł dodał. I to nie raz. 🙂
##Co poza tym?
Z dumą i serdecznymi podziękowaniami m.in dla użytkownika Piotr informuję, że od czasu jakiegoś działa u nas oczyszczaczo-nawilżacz powietrza, aby podnosić wilgotność w naszym przesuszonym mieszkaniu celem poprawy komfortu, a więc i zdrowia, jego mieszkańców.
Mam zamiar nagrać jego prezentację, ew. jakiś smaczny Tyflopodcast, tylko muszę się zebrać.

Przed kilku godzinami koleżanka wysłała nam piosenkę, która opisuje jej aktualny stan psychiczny.
Ja się cały czas zastanawiam i nie mogę wybrać odpowiedniej. 🙂

A teraz życzę Wam miłego dnia!

3. T. Pratchett, „Kosiarz”

Jak czytelnicy tego bloga mogli już zauważyć, książki Pratchetta bardzo polubiłam w zeszłym roku, kiedy to odskocznia od trudnej codzienności czasami była wskazana.
Pamiętam, gdy czytałam książki z cyklu o Świecie Dysku, gdy hormony nie pozwalały cieszyć się życiem, gdy stresowałam się magisterką, gdy przytłaczały mnie sprawy fundacji lub sprawy prywatne…
Do dziś wspominam, jak dokańczałam "Maskaradę" w dzień po śmierci mojej babci, gdy po prostu musiałam zająć czymś zbłąkane myśli.
Ostatnio Dawid zaproponował mi wspólną lekturę "Kosiarza". Bo Pratchetta najlepiej czyta mi się właśnie w duecie. 🙂
Muszę z całą powagą przyznać, że będzie to najlepiej przeze mnie wspominana z jego książek. I to tylko dlatego, że urzekł mnie występujący w niej wątek związany ze Śmiercią. Pozostałe również były ciekawe i wzruszające, dające dużo do myślenia, jednak ten po prostu mnie porwał, sama nie wiem dlaczego.
No dobrze, próbuję wmówić sobie, że wcale nie dlatego, że w Śmierci, TYM Śmierci, zauważyłam rys romantyczności. 🙂 Ale jego relacja z Panną Flitword zdecydowanie jest czymś po prostu pięknym, nawet jeżeli, wg powszechnie przyjętej interpretacji, nie jest i nie ma być romantyczna.
No, ja już tak mam, że wszędzie widzę romanse. 😀
Wiele w powieści jest refleksji, ale nie powiedzianych w stylu Pratchetta, czyli tak, że nie da się ich zrozumieć bez czystego umysłu lub kieliszka czegoś mocniejszego.
Napisane są tak, że trafiają do każdego, może dlatego, że większość z nich wynika nie z opisów, nie z trudnych rozmów, ale z akcji samej w sobie.
Polecam "Kosiarza" wszystkim tym, którzy lubią się wzruszyć i przemyśleć sobie parę spraw. I tym, którzy lubią wątek Śmierci. I Magów.

Zadanie czwarte: Ruszymy się

O tym, jak ważna jest aktywność fizyczna dla zdrowia nie tylko fizycznego, ale też psychicznego, słyszeliśmy tyle razy, że ja tego powtarzać nie będę.
Rzadko kto jednak zastanawia się, że osoba niewidoma przez to, że wykonuje mniej ruchów niż statystyczna osoba widząca, jednocześnie ma większe trudności z utrzymaniem sprawności fizycznej.
Oto zadanie na ten miesiąc:
Ruszmy się!
Musimy wykonać aktywność fizyczną, po której poczujemy choćby niewielkie zmęczenie, przynajmniej 3 razy w tygodniu po pół godziny lub też 2 razy w tygodniu po godzinie.
Może to być spacer, bieganie, pływanie, taniec, rower, trening itp itd.
I nie mówcie, że się nie da, bo się da. Tylko jak się chce. I pewnie się nie chce, ale konsekwencje tego niechcenia odczujemy dopiero za parę ładnych lat. Od nas zależy, czy będziemy musieli.
Do dzieła!
PS. Przez diagnozę zadanie będzie dla mnie nieco trudniejsze, bo muszę uważać na wysiłek i wciąż się kontrolować, ale tak czy siak się postaram.

26

"- Ciapek – zacząłem – czemu prosiłaś Boga o prawdziwe pytania?
– Bo widzisz, po prostu, to smutne.
– Co smutne?
– Z ludźmi.
– Aha. A dlaczego?
– Ludzie powinni mądrzeć, jak się starzeją. Ważniak i Łatek mądrzeją, a
ludzie nie.
– Myślisz, że nie? – zapytałem.
– Nie. Pudełka mają coraz malejsze.
– Pudełka? Nie rozumiem.
– Pytania są w pudełkach – wyjaśniła – a odpowiedzi też muszą się mieścić.
– To trudne, wytłumacz lepiej.
– Trudno powiedzieć. Tak jakby… tak jakby odpowiedzi były w tym
rozmiarze, co pudełko. To jak te twoje wymiary.
– Wymiary?
– Jeśli twoje pytanie jest dwuwymiarowe, to odpowiedź jest też tylko
dwuwymiarowa. To jak pudełko. Nie można wyleźć.
– Chyba już rozumiem.
– Pytanie dochodzi do brzegu i zatrzymuje się. To jak więzienie.
– Przypuszczam, że wszyscy jesteśmy w jakimś jakby więzieniu.
Zaprzeczyła główką.
– Nie, pan Bóg tak by nie zrobił.
– Pewnie by nie zrobił. Więc jakie jest wyjście?
– Zostawić pana Boga w spokoju. Jak On nas.
– A nie zostawiamy?
– Nie. Wpychamy Go do pudełeczek.
– Nie, naprawdę?
– Naprawdę. Cały czas. Bo Go naprawdę nie kochamy. Musimy Mu zostawić
wolność. To jest właśnie miłość."
(Fynn, "Halo, Pan Bóg? Tu Anna!"

25

"I cóż było począć? Po tych słowach histeria mogła już tylko zakasać rękawy i z werwą rozpocząć prezentację swych możliwości. A siła niższa rozsiadła się w pierwszym rzędzie i wtranżalając popcorn, szlochała ze szczęścia."
(M. Kisiel, "Dożywocie, t. 2: Siła niższa")