Kiedy przeczytałam opis tej książki w zbiorach DZDN, mogłam uznać, że co najyżej mnie zainteresowała. Nie było w niej nic szczególnego – chłpak ze zdeformowaną twarzą idzie do szkoły i…
No właśnie. Oczywiście, zwalczając przeciwności losu, kamienie na drodze, niechęć i wszystko inne, dzielnie idzie do przodu, spotykając się z życzliwością i "serduchami", które mu pomagają.
I w sumie tak właśnie było. Nie znoszę takiego scenariusza! Z autopsji (…) wiem, że życie niepełnosprawnego to nie pagórek, po którym można jeno piąć się w górę, czyli w schemacie "Jest ciężko, ale zawsze do przodu.". Tzn. może tak generalnie jest, ale moja droga przypomina mi raczej "góry i doliny", czy tam inne wzloty i upadki, acz z tendencją raczej "ku górze", co jest raczej optymistyczne. Te góry i doliny wynikają z tego, że często musimy się na nowo przekonywać, że warto żyć.
I mniejwięcej taki nastrój przebija z książki R. Palaccio (chyba tak się to pisze xd) o tytule "Cudowny Chłopak".
Bo mnie opis w stylu "chłopiec ze zdeformowaną twarzą, musi zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest pójście do szkoły. Tam spotyka przyjaciół i blablabla" nic nie mówi.
Podobno Palaccio napisała tę powieść, zainspirowana "sytuacją w lodziarni" – pewnego razu zabrała tam swoje dziecko, ale wyszła z nim stamtąd, gdy spotkała matkę z dzieckiem z tego typu niepełnosprawnością.
Jeżeli po tak krótkiej sytuacji mogła stworzyć obraz tak skomplikowany, wielowątkowy, bohaterów z rozbudowanąpsychiką to… szacun!
Wcześniej myślałam, że conajmniej uczy takie dzieci w szkole, ma je w rodzinie, ale nie spodziewałam się, że była tylko obserwatorem. Ile sekund zajęła ta sytuacja? 60? 90? Może więcej…
Ciekawa jestem, czy autorka miała potem jakieś warsztaty, rozmowy z rodzicami.. generalnie czy zagłębiła się w temat, czy po prostu "siadła i napisała powieść".
Najbardziej urzekł mnie w książce wątek Olivii, siostry Auggiego. Jest to młoda, dorastająca dziewczyna, która ma swoje ciężkie dni, jak każda nastolatka. Kocha Auggiego, ale kocha tą specyficzną miłością, która… Olivia jest czasem zazdrosna o względy rodziców. Może nawet nie tyle względy, co po prostu uwagę. Tej uwagi robi się nawet jeszcze mniej, gdy chłopak idzie do szkoły. A Olivia jej potrzebuje. Coraz bardziej. Sytuacji nie ułatwia fakt, że przemianę przechodzi jej bestfriend – Miranda. I Olivia nie wytrzymuje tego. Od tej pory zwracam o wiele większą uwagę na relacje rodzeństwa osób z niepełnosprawnościami. Wcześniej tego nie robiłam. Do tego stopnia, że nie zastanawiałam się, jak jest w mojej rodzinie. Jak to jest być bratem lub siostrą takiego dziecka – musieć nietylko radzić sobie bez tej atencji rodziców, jaką mają dla chorego rodzeństwa, ale jeszcze mu pomagać, jeszcze je wyręczać, jeszcze je kochać… Gorzkie myśli nawiedzają mnie w tej materii od tamtego czasu. Czy możemy kogokolwiek na to skazywać? Miłość rodziców to inna sprawa – jest bezinteresowna, a może wpływa na nią ból porodu, wspulna miłość, takie tam… Ale rodzeństwo? Wrzucane jest z głową w tą sytuację i to bez tej "magic bound", którą mają rodzice. I może się wydawać, że generalnie wszystko jest OK, ale czy napewno? Czy nie zdarzają się takie dni, że mają ochotę wyprzeć się więzi z chorym bratem, chorą siostrą? Wyprzeć się przed kolegami, partnerem, sobą? Bo rodzina takiego dziecka jest "inna". Nie możemy temu zaprzeczyć.
Chcecie przykładu? Jestem starszą siostrą. Mój brat zdaje teraz prawko. Tzn. będzie przystępował i to już niedługo. A ja nie mogę mu pomóc. NIe dam jakiejś super rady dot. szkoły, instruktorów, technik, samochodu… To JA, choć jestem starsza, potrzebuję jego pomocy. W rozszyfrowaniu milczącego ekranu, w dojściu w nieznane miejsce… To ja powinnam być jego wsparciem, a nie on moim. I takich przykładów jest więcej. Już pomijając fakt, że choć jestem starsza, rodzice poświęcają mi więcej uwagi, niż jemu i prawo "młodszego" u nas nie działa. Nie łudzę się, że tak nie jest.
Może dlatego tak trudno mi się z nim ostatnio rozmawia?…
W opisie relacji w rodzinie Auggiego palaccio trafiła chyba w 10. No i w opisie emocji chłopaka – też.
Jednym z najlepiej zapamiętanych przeze mnie momentów był pierwszy dzień w szkole chłopaka.
Na gorączkowe pytania matki "Jak było?" odpowiada równie gorączkowo "Dobrze". Bo co ma powiedzieć? Z jednej strony – faktycznie było "dobrze"! Nie zabił się na schodach, nie wywalili go, nie obrzucili łajnem (Żeby kupy nie było, tak napisałam.), nauczyciele byli w miarę spoko… Ale czy napewno? No bo ci koledzy… Ta samotność… "Dobrze"! – krzyczy, a ja rozumiem, o co mu chodzi. Co ma powiedzieć?
Z pewnych względów, które pojmuję, nie chce rozmawiać o tym dniu. Chce go sobie ułożyć w głowie, a może zapomnieć? Bo czasem mamy takie dni, takie sytuacje, takich ludzi, których chcemy zapomnieć. I będę tu subiektywna, ale powiem, że niepełnosprawni chyba mają ich trochę więcej.
Znowu emocje odmalowane po mistrzowsku.
Więc dlaczego to "prawie" w tytule wpisu?
A no przez to głupie zakończenie! Patos, euforia, oklaski, wzruszenie, łzy, przyjaźń, aplauz na stojąco… No coooooo?… Naprawdeeeeeeeeeeee? Niby książka bez happyendu to nie książka, e.. model "dzielnego niepełnosprawnego", tak umiejętnie ukrywany przez całą powieść, wyskakuje jak ropny bąbel, którego się już więcej ukryć nie da, jak zbyt mocno rozciągnięta gumka… Ile razy w życiu mamy taki moment, że jesteśmy megasuperhiperextrawowszczęśliwi, bo nas doceniono? Nie wiem jak Wasze, ale moje życie składa się przede wszystkim z drobnych zwycięstw i upadków, które jeno czasem przesłania jakaś większa radostka. Ale żeby od razu aplauz na stojąco??? Aaa, no i jeszcze medal, którego nie wręczano od lat? Na taki medal trza zasłużyć! Zapracować! A nie być niepełnosprawnym, który po prostu żyje jak normalny człowiek! Ja miałabym zaraz potem poczucie, że wręczono mi go z litości. Tak jak ta czwórka, którą dostałam z jednego przedmiotu na koniec roku akademickiego… ale to nie na ten wpis. I ten aplauz… To nie jest tak, że oni wstają, bo "tak jest ładnie"? Bo trzeba przy rodzicach pokazać, że jesteśmy ujmujący, grzeczni, tolerancyjni? Może jestem spaczona przez nasze środowisko, które
A Nie lubi litości aż do przesady
B Nie lubi pomocy aż do przesady
C W każdym odruchu, inicjatywie ze strony widzących doszukuje się albo dyskryminacji, albo litości, a przecież litości nie lubi,
ale takie ckliwe zakończenia zdecydowanie mi się nie podobają. Chociaż jakby go nie było, pozostawiłoby mnie to z przygnębieniem, że to takie realistyczne, takie smutne… Więc ja już nie wiem, co robić. Chyba pozwolę temu zakończeniu istnieć – niech sobie będzie cukierkowosłodkorużowe, żeby przyćmić tę szarą codzienność…
Odpowiadając na niezadane pytania:
1. Nie, streszczenia, cytatów itp nie będzie.
2. tak, książka dostępna jest w DZDN, przeczytana przez A. Dereszowską.
3. Film jest gorszy od książki.4. Tak, polecam przeczytać, nawet bardzo. M.in dla poszerzenia światopoglądu.
Buźka!
Zapowiedź (chwalę się)
Następnych kilka wpisów poświęconych będzie mojemu występowi, który miał miejsce 7 lipca tego roku na festynie Zgierz Wielokulturowy. Wokół mojego występu narosły pewne nieporozumienia – na początku poinformowano mnie, że mam zaśpiewać 2-4 utworki z gatunku "międzywojenne/patriotyczne". Lekko zdziwiona tą rozbieżnością spytałam raz jeszcze, jakie to dokładnie mają być pieśni, na co dostałam info, że organizatorzy "zdają się na mnie". Wybrałam więc dwie typowo międzywojenne i jedną patriotyczną. Miałam przyjemność (bądź nie) być umieszczona na plakacie wydarzenia, gdzie wyraźnie było napisane, że to ma być "koncert patriotyczny". Raz jeszcze telefon, czy te międzywojenne napewno być mogą i info, że w sumie to dokładne wytyczne dostanę "później". Poczym w czwartek wieczorem ostateczna informacja, że "Tak właściwie, to przygotuj się tak na 30-40 minut występu, głównie patriotyczne, tak z 7-9 utworów". (Napisałam wcześniej, jakie utwory mam w "odwodzie", więc po prostu wzięto je wszystkie, na 2 dni przed występem.). Jednak występ się udał. Zamieszczonych nagrań proponuję posłuchać na słuchawkach i dość głośno, bo z daleka i cicho słychać różne niedogodności, związane z dość silnym wiatrem, a występ nagrywał mój brat mikrofonem IPhone 6+, więc… Trochę lipa, bo nie nagrał przemów pomiędzy (Ludzie mówio, że mam gadane…), ale może choć te nagrania uda mi się wrzucić. Tym niemniej jestem zadowolona z rezultatu. Ludziom się podobało, a to najważniejsze.
Przesłuchajcie choćby początek! :)
Do tego nagrania będę jeszcze wracać. Polecam je każdemu, kto ma w życiu trudniejszy czas, a i w chwili spokojnej jest niezwykle budujące.
Tak mnie naszło po pobraniu The Baby Land theme :) (To są bliźniaczki/bliźniaki, tak jakby co.
Tak, lekko mi odbiło! 🙂 Ale one są takie słodkie…
O Duchu, który pędzi
To jest jedna z tych sytuacji, których nie powinno poddawać się w dyskusję lub wątpliwość. Trzeba w nią wierzyć lub nie.
To był dzień, w którym miałam napisać test II etapu Olimpiady J. Francuskiego (etap okręgowy). Byłam absolutnie zestresowana i, jak to w takich wypadkach bywa, czułam się nieprzygotowana. Moja kochana Madame zaleciła, bym się nie uczyła niczego od popołudnia poprzedzającego dzień X i tak też zrobiłam. Od rana oglądałam jakże dobrze nam znany program Budzik i próbowałam się odstresować. Oglądałam go przez Kodi, a wiecie, jak to z Kodi bywa – "się zacina", choć to właściwie nie Kodi, a serwis Vot. Na kilkadziesiąt minut przed wyjazdem "na stracenie" moja mama zaczęła modlić się nade mną o Światło Ducha Świętego.
"Proszę", mówiła, "Duchu Święty, przyjdź, przyjdź i pomóż!". Nie bez znaczenia jest fakt, że Kodi akurat na początku tej modlitwy znów się zacięło, poczym po kolejnym "przyjdź" radosny głos Budzika odezwał się znienacka: "Pędzę, lecę!". Czyż to nie jest znaczące? 🙂 🙂 🙂
Kosy i motyle
"Jestem bardzo smutnym Motylem Emanuelem" – wita nas ów znany bohater bajki Makowa Panienka. Jest przygnębiony
i chyba niebardzo wie, co zrobić, by zmienić swoją sytuację. "Jestem bardzo smutny, bo nikt się nie chce
ze mną bawić"…
I nagle znajduje się ktoś, kto…
"A ja jestem Makowa Panienka i jestem tu po to, byś nie był smutny".
Ona jest tam tylko po to, by on nie był smutny. Czy to nie jest dziwne? No właśnie, jest! Dlaczego? Bo
w dzisiejszych czasach nie ma nikogo, kto byłby "po to, byś nie był smutny". Każdy ma plan na życie i
jest, co tu dużo kryć, interesowny! Inaczej się tego nazwać nie da! Chcemy czegoś tylko dla siebie, a
jeżeli nawet pytamy kogoś "Może Ci pomóc w czymś?" mamy podświadomie ogromną ochotę, by ta osoba odpowiedziała
"Nie", a jeżeli nawet pomagamy, to tylko po to, by mieć z tego jakiś pożytek – niekoniecznie podziękowanie,
prezenty, wdzięczność, ale nawet satysfakcję, że "spełniłem dobry uczynek, jestem kimś więcej niż inni"!
Nie jest tak? Zastanówmy się nad tym dobrze, wszyscy! Ja przynajmniej tak mam i kiedy takie robaczywe
myśli wchodzą mi do głowy, czuję się bardzo źle i szybko pragnę je usunąć. Tylko usunąć niezawsze się
da.
A co tymczasem robi Makowa Panienka?
Kręci się, tańczy cały czas, cały dzień, żeby tylko zbrodniczy Kos nie porwał Emanuelowi cylindra i laseczki.
I pierwszą moją myślą było: "Czy ona nie ma nic lepszego do roboty? Czy się nie zmęczy? Dlaczego jej
się to nie nudzi? Dlaczego robi to dla nowo poznanego, niezbyt zachęcającego motyla"? I dlaczego tak
myślę?
A potem Makowa Panienka widząc, że jej taniec i czerwona sukienka nie podziałały, zabiera Emanuela do
mądrej makówki. Nie wstydzi się szukać pomocy, choć smutno jej, że zawiodła. Ona jednak dobrze o tym
wie. Nie zwala winy na Emanuela, który "mógłby się bardziej postarać.
Co myślicie?
To jest msza dla dzieci!
Napewno byłam już wtedy po I Komunii Świętej, bo pamiętam, jak szłam z mamą po Eucharystię.
Był pogodny, wiosenny Dzień Świąteczny, chyba Niedziela Wielkanocna, a może jakaś już po, i.. moje przyjęcie urodzinowe! Byłam
bardzo zadowolona, no bo wiadomo – każdy lubi mieć urodziny, zwłaszcza jak się ma 9-10 lat. Siedziałam
sobie w ławce wraz z babcią i bratem i czekaliśmy na rozpoczęcie mszy.
– To są Pani dzieci? – Usłyszeliśmy nagle.
– Tak. – Odparła babcia.
– To proszę wziąć je z tej ławki, bo ja muszę usiąść, bo ja chora jestem.
Nadawcą tych słów była "zadbana i umalowana" kobieta, tonem nieznoszącym sprzeciwu domagająca się naszej
"eksmisji". Jedynym błędem, jaki chyba faktycznie popełniliśmy w ciągu całej konwersacji, były słowa
mojej babci:
– Proszę, niech Pani siada. – Wstała i wyszła z ławki.
– A co to? Dzieci nie wyjdą? Tak je państwo uczycie, żeby na starość były nieuprzejme i się tak zachowywały,
żeby miejsca nie ustępowały?
– Proszę Pani, moja wnuczka nie widzi.
(No tego to nie musiała moja babcia mówić, ale wiecie, jakie są babcie)
– No tak, to niech ona zostanie. A ten mały?
– To jej brat.
(On miał wtedy ze sześć lat.)
– No to niech wyjdzie.
– Proszę Pani, on niech z nią zostanie, bo wie Pani, żeby nie była sama.
– Dobrze, ale czego Wy te dzieci uczycie?! Jak będą starsze, to będą się strasznie zachowywać! A ty widzisz?
– Zwróciła się do siedzącego w tej samej ławce starszego już chłopaka.
– Tak.
– No to wychodź!
– Proszę Pani, to jest msza dla dzieci! – Włączył się mój tata, stojący niedaleko. – Jeżeli Pani nie
pasuje, że dzieci siedzą, to proszę przychodzić na inną mszę, gdzie będzie mniejszy tłok! To akurat dzieci
mają teraz największe "prawo" do siedzenia.
Pani kłóciła się z moim tatą jeszcze chwilę, po czym skapitulowała, bo rozpoczynała się msza. Widziała,
że chyba jednak mój tata ma więcej argumentów i siły przebicia.
Po 1: Ta niewiasta wcale nie wyglądała na chorą – była ładnie ubrana i umalowana, no ale uznajmy, że
to przecież nie jest miarodajna wytyczna choroby.
Po 2: Choć kościół był dość zatłoczony (o tym napiszę za chwilę), to nie wierzę, by nigdzie nie było
ani skrawka wolnego miejsca, żeby musieć przeganiać 9 i 7-latków z miejsc.
Po 3: Gdyby nawet, to przecież wystarczyłoby zwykłe "Proszę", a nasi rodzice napewno by nas stamtąd wzięli,
bo przecież zawsze nas wychowywali tak, że "starszym" ustępuje się miejsca, choć tak w ogóle przecież
od dzieci w tym wieku w sumie się tego nie wymaga, czyż nie?
Po 4: Ta szacowna dama straszyła moich rodziców, że wychowują chamów i prostaków (no tak tego nie ujęła,
ale chyba była bliska), a jej zachowanie.. cóż.. też do najlepszych nie należało! Jaki to przykład dla
małych dzieci?
Po 5: Tak jak mówił mój tata, była to msza dla dzieciaków. Nasz kościł ma ich oprócz tego jeszcze 4 i
o ile rozumiem, że na 07:00 rano nie każdemu chce się wstawać, to są jeszcze 3 inne, a nasz kościół jest
naprawdę duży. Niestety "starsze panie", żeby innego określenia nie użyć, choć ona taką "starszą panią"
chyba nie była, wybierają nie wiadomo dlaczego akurat tę jedną mszę i dzieciaki stanowią jakieś 25% ludzi
na tej mszy. No dlaczego? Na innych mszach, jak teraz chodzimy, są po prostu pustki, każdy może siedzieć
w innej ławce!
Po 6: Ona bynajmniej nie była usatysfakcjonowana z jednego miejsca dla siebie – musiała wygonić pół ławki
i przez to mieliśmy naprawdę dużo miejsca, a ludzie przy nas stali!
Ta kobieta zepsuła mi całą mszę i nawet moment odczytania przez Księdza intencji "O Boże Błogosławieństwo
w … rocznicę urodzin Julitki", które zawsze wywoływało uśmiech, jakoś inaczej na mnie działało. Miałam
tylko nadzieję, że po mojej minie kobieta zorientuje się, że to były moje urodziny.
– Mamo… – Powiedziałam po Komunii – Zabierzcie mnie ze sobą, ja tam nie chcę już wracać…
Przez te kilka ostatnich minut mszy stałam wraz z rodzicami.
Do dziś pamiętam to zdarzenie.
Pourquoi, Mon Dieu?!
To był bardzo miły, spokojny tydzień w Banneux w Belgii, niedaleko Liege. Ona była chyba jeszcze dość
młoda, może "świeża" mężatka? Stałam wraz z babciami i mamą pod cudownym źrudełkiem, gdzie modliłyśmy się
codziennie. Zaczęłyśmy już odchodzić w stronę naszej grupy, która zbierała się na Adorację dość niedaleko.
Ona podbiegła do mnie z nienacka i zarzuciła mi na szyję różaniec. Byłyśmy bardzo zaskoczone, bo cały
czas płakała.
– Co się dzieje? – Spytałam moje towarzyszki. oważyszek.
– Nie wiemy… Chyba jest jej smutno, że nie widzisz, czy coś…
– Ćśśśś, nie płacz.. – Powiedziałam do niej po francusku. – Ja jestem szczęśliwa..
Ale ona nie przestawała płakać. Objęłam ją i zaczęłam gładzić proste, jedwabiste włosy, chyba do ramion.
– Ćśśśś…
O, jak żałuję, że nie do końca zrozumiałam, co dokładnie wtedy powiedziała.. Jedyna rzecz, jaka mnie
usprawiedliwiała to fakt, że aż tak dobrze ni znam francuskiego, by rozumieć, co mówi się do mnie szlochając..
Zrozumiałam tyle:
– Mój mąż niedawno umarł!.. Dlaczego Bóg to robi?
– To On wie, dlaczego. Ty musisz ufać! Ufaj i módl się! Widzisz to? – Pokazałam jej mój własny Różaniec.
– Tak.
– Musisz się modlić. Dużo. i Ufaj. Ufaj!
Płakała jeszcze trochę, ale zaczęła się uspokajać. Niestety nasza grupa rozpoczynała już modlitwę i..
– Musimy teraz Cię zostawić. – Powiedziałam.
Do tej pory żałuję, że z nią nie zostałam. Ucałowała mnie w policzek i poczułam na nim ślady jej łez.
– Dziękuję.
– Ufaj i módl się!
Odeszłyśmy i dopiero potem okazało się, jaką wartość miał jej prezent. Na każdym paciorku tego Różańca
jest maleńki obrazek świętych. Wygląda to podobno przepięknie, a i modlić się na nim jakoś.. łatwiej..
Może dlatego, że łączą się z nim te wspomnienia? Potem zobaczyłyśmy go w jednym ze sklepów z pamiątkami
i odkryłyśmy, że kosztował 30 euro. Takich pamiątek nie można zapomnieć!
Chciałabym ją odnaleźć i jeszcze raz, tym razem nie mówiąc już na Ty (w kulturze frankofońskiej "tykanie"
jest o wiele rzadsze, niż u nas), powiedzieć jej "Ufaj"! Zastanawiam się, co się z nią dzieje i czy jej
mąż naprawdę umarł… Skąd wiedziałam, że mam mówić do niej po francusku? Skąd wiedziałam, że Ona go
zna?
———-
Dopisek odautorski: Całkiem nidawno podczas rozmowy z mamą ta stwierdziła, że kobieta musiała być od
niej starsza, tak pod sześćdziesiątkę. Oj, mocno się tym zdziwiłam. Przez pierwszą sekundę byłam tym
nawet… rozczarowana! Czyżbym była tak egoistyczna, by móc wierzyć tylko w smutną i przejmującą historię
młodej mężatki i nie móc przyjąć do wiadomości rozpaczy kobiety starszej, która także nie mogła znaleźć
ukojenia? Wydaje mi się, że mama się myli, ale nawet jeśli nie… Czy to coś zmienia?
Cisza
Ja znam znaczenie ciszy. Tej, ktora wisi w powietrzu jak noż, zwrocony ostrzem wprost w tego, kto przechodzi.
Wbija się w serce i tam już pozostaje. Wisi w powietrzu chmurą niewypowiedzianych żali, skarg i zarzutow,
nomen omen głupich i błędnych, ale kogo to obchodzi? Jest obecna jak nadmiar szkodliwego gazu, tylko
akurat w tym przypadku wolałoby się, żeby ktoś wreszcie rzucił tę iskrę, podpalił tę zapałkę, niech wreszcie
wybuchnie! Niech coś się stanie! I jedna, jedyna osoba może sprawić, że kilkanaście innych jest sparaliżowanych
strachem i dołem ku jej własnej satysfakcji. Ona napawa się tą ciszą i cieszy się z wpływu, jaki ta cisza
wywiera, jak jakiś potwor ze Sci-Fi, ktory żywi się strachem i energią ofiar, ktore wcześniej paraliżuje,
jak ośmiornica. I nienawidzisz tej osoby, choćby była ci zawsze najbliższa. Dlatego krzyczę podświadomie:
"Mowmy do siebie! Rozmawiajmy! Wyjaśniajmy problemy! Niech już nie wiszą!"
Jeżeli mi ktoś powie…
A niech ktoś znowu sprobuje mi powiedzieć, że "ten świat schodzi na psy" i "jest upadek obyczajow", i
"coraz gorzej", i "ciężko" jest! Niech podejmie choćby ułamek takiej proby! Jeżeli kierowca autobusu,
ktorym mam sama dostać się gdzieś tam wychodzi z szoferki tylko po to, by mi pomoc wejść do autobusu,
jeżeli pomocne dłonie wyciągają się z obu stron, bym mogła do niego wejść, jeżeli już w środkach komunikacji
miejskiej p. Knapik swoim miłym głosem informuje mnie o każdym przystanku, jeżeli przyjazna duszyczka
pomaga mi dojść na przystanek lub przejść przez ruchliwą ulicę w momencie mojego wachania, jeżeli sąsiadka
w autobusie przyjaźnie zagaduje o kierunek studiow i życzy miłego dnia, jeżeli jestem informowana o tym,
jaki autobus na przystanek podjeżdża jeszcze przed moim pytaniem o niego, to ja nie wierzę, że świat
może być zły! Moja podruż autobusem i tramwajem była tylko elementem treningu, ale w żadnym jej momencie,
jeżeli bym tylko chciała, nie musiałabym nigdzie iść sama. I tu nie chodzi o to, że się "wysługiwałam".
A niby dlaczego nie miałam przyjąć zaoferowanej pomocy? Odmowić, zamknąć się we własnej skorupie "samodzielności"?
Pokazać, że pomagać nie warto? Sama też bym potrafiła, ale przecież nie o to chodzi…
Dobra w ludziach pod dostatkiem, widzimy się często raz w życiu, ale tego dobra trzeba po prostu umieć
szukać i znajdować. I jeżeli każdy z Nas (Powtarzam – każdy, z NAS) zrobi tylko "krok więcej" niż powinien,
to żadne białe laski, kule, wozki nie będą mieć znaczenia, bo po prostu otrzymamy pomoc i w naturalny
sposob zwrocimy ją, w miarę swoich możliwości. Świat jest piękny, a ludzie – dobrzy, PRZYJMIJMY TO WRESZCIE
DO WIADOMOŚCI!