„Rozepnij kurteczkę”, czyli krótki flashback z czasów niemal prestudenckich

Przez pierwszy rok moich studiów mieszkała ze mną babcia. Tak się jakoś złożyło, że nie znalazłam lokatora na ten rok, ba – nawet nie szukałam zbyt dobrze. Byłam, i poniekąd jestem nadal, samotniczką i introwertyczką, więc nawet nie przyszło mi to do głowy.
Jednym z kamyków do ogródka, jedną z kropli, które przepełniły ostatecznie czarę, była następująca sytuacja:
Wraz z babcią pojechałyśmy gdzieś "w miasto", żeby załatwić jakąś sprawę. Poruszałam się wtedy jeszcze dość niepewnie, choć już czyniłam pierwsze śmiałe wyprawy i coraz mniej bałam się chodzić sama. Tym niemniej wtedy byłam z babcią. Nie pamiętam, gdzie to było, ale pamiętam, że byłyśmy wtedy w budynku i musiałyśmy chwilę zaczekać. Usiadłyśmy na krzesłach i padło wtedy owo znamienne "Rozepnij kurteczkę, bo ciepło". Nie musiało to paść w tych właśnie słowach, ale liczyła się intencja i przekaz. Przekaz, który skłonił mnie do zadania pytania: "Babciu, czy swojemu synowi też zadałabyś to samo pytanie?".
– Nie. – Odpowiedziała niepewnie.
– Dlaczego? – Spytałam mocno poirytowana. – Przecież to jest Twoje dziecko, więc równie dobrze jemu mogłabyś wydawać podobne polecenia.
– Bo Ty – Odparła. – wymagasz więcej uwagi.
– Dlaczego? – Spytałam wtedy. – Przecież to, czy jest mi zimno, czy gorąco, wcale nie zależy od dysfunkcji wzroku. Jeżeli czuję, że jest mi gorąco, rozbieram się, jeśli zaś zimno – zakładam okrycie wierzchnie. A jeśli tego nie potrafię zrobić, to świadczy to nie o tym, że nie widzę i potrzebuję więcej uwagi, tylko że jestem lekkomyślna i nie potrafię o siebie zadbać, bo przecież akurat ta umiejętność, umiejętność wyczuwania temperatury w pomieszczeniu i na zewnątrz, nie zależy od braku wzroku.
Na to pytanie nie mogła niestety odpowiedzieć. Nie mogła też na wiele innych – dlaczego asekuruje mnie na uczelnię, mimo że dobrze znam trasę i potrafię iść sama, choć nigdy wcześniej tego nie robiłam, a także na wiele innych.
I w końcu przyszedł taki moment, że owa zależność, owa matczyna troska względem mnie jako potencjalnego dziecka w jej zachowaniu, sprawiły, że zdecydowałam się zamieszkać sama. Nie wiedziałam, jak to zrobię i czy wytrzymam sama choćby miesiąc, ale wiedziałam, że nie mogłabym już mieszkać z nikim z rodziny, przynajmniej tak bliskiej rodziny.
A potem to już po`toczyło się lawinowo. 🙂

Jesteś wyjątkowym człowiekiem!

Słuchaj mnie teraz uważnie, bo mówię tylko do Ciebie. Możesz sobie gadać, że niewiele znaczysz, że niewiele umiesz, że nie posiadasz wartościowych cech, że w sumie niewiele znaczysz dla świata…
I,
Tak,
W To,
Nie,
Wierzę!
Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że jesteś wyjątkowym, wspaniałym, pełnym energii, ducha, wrażliwości i siły człowiekiem! Twoja wrażliwość skruszy najtwardsze serca, a Twoja siła je rozwali. Twoje kompetencje zmiażdżą przeciwników, a Twoja empatia zyska Ci przyjaciół.
Jestem z Ciebie naprawdę dumna. Przede wszystkim dlatego, że jesteś człowiekiem. Że żyjesz. Życie, w dzisiejszym świecie zwłaszcza, nie jest proste. Czasami trzeba naprawdę ogromnego wysiłku, by otworzyć oczy, by ruszyć ręką, by znów pójść do szkoły, by wypić poranną kawę…
Znów Ci się udało odpalić Eltena i zobaczyć mój wpis. Brawo, to pierwszy, a może jeden z wielu, krok do sukcesu.
Może i popełniasz w życiu wiele błędów, ale dlaczego nie zwracasz uwagi na sukcesy?
Pamiętasz moje wyzwanie, w którym prosiłam, byśmy wypisywali to, co się danego dnia udało? Rób to nadal, a zobaczysz, jak wartościowym człowiekiem jesteś.
Każdy z nas ma mnóstwo talentów i gdyby udało mu się je odkryć, świat byłby petardą i kopalnią zdolnych ludzi.
Nie zwracaj uwagi na czynniki, które tłamszą w Tobie Twoje zalety – idź dalej, szukaj zalet w sobie, ale także w innych.
Pamiętaj, to na życzliwości wobec innych, na ich wsparciu i oddaniu, buduj swój sukces. Nie rób tego na złośliwości, zawiści i nienawiści – to fałszywi przyjaciele, którzy nie zaprowadzą Cię do celu. Nie mogą. To nie ich zadanie.
Nie ma jednakowych ziaren piasku, a jednak wszyscy są potrzebne. Nie ma jednakowych ludzi, a jednak wszyscy są potrzebni!
Miłego dnia!

Trochę za dużo „osobowości”

Nie, nie przesłyszeliście się. 🙂
Ostatnimi czasy w mózg, serce i poczucie godności uderzył mnie nagłówek maila, który pewien w miarę znany w pewnych kręgach człowiek wysyła do sporej grupy osób, w tym także do mnie. Zaczyna on otóż wszystkie wiadomości od "Szanowne osoby,". I co w tym, powiecie, dziwnego?
A no to, że pono taki trend związany jest z tzw. szeroko pojętym "feminizmem". I chciałam się zapytać, bo ja może, nie wiem, jestem jakaś zacofana, gdzie tutaj jest jakiekolwiek docenienie kobiet i ich roli dla ludzkości? Dlaczego ja, Julita, nazywana jestem jeno "osobą"? Haaaloooo, jestem kobietą, dziewczyną, córką, potencjalną matką (kiedyś), studentką itp itd. Dobrze, że przynajmniej ów "ktoś", idąc za patocentryzmem, nie nazywa nas "istotami" ze względu na przynależność do gatunku zwierząt.
Wyobrażacie sobie maila zaczynającego się "Szanowne istoty,"? Przecież nie odbiegałby formalnie od standardów, bo każdy z nas jest istotą, prawda?
Z jednej strony umiem zaakceptować, choć zupełnie nie rozumiem, że duża część kobiet pragnie zrównania praw z mężczyznami, docenienia ich itp, z drugiej – naprawdę nie widzę w tak skonstruowanym nagłówku jakiejkolwiek budującej mnie jako kobietę narracji.
No, ale feministki ogółem ostatnio mocno mnie wkurzają. Spójrzmy na Ukrainę: Dlaczego kobiety, feministki, nie burzą się, że kobiety muszą migrować, zamiast walczyć na froncie wraz z mężczyznami? Dlaczego nie burzą się, iż wszelkie ustawy mobilizacyjne ich nie dotyczą? Czy mogą być matkami tylko wtedy, gdy trzeba zabrać dzieci i uciekać z niebezpieczeństwa, a nie mogą wtedy, gdy krzyczą o prawo do macicy? Do jakiego stopnia jest to po prostu zwykłe tchurzostwo i chęć wyłącznie posiadania przywilejów?
Acha, tak wracając do standardów komunikacyjnych i konwersacyjnych, to na miejscu panów studentów ja sama walczyłabym o prawo do… czegoś tam, skoro ostatnio pisze się "studentka/student" lub też "pani/pan". Dlaczego niby "pani" ma być na początku?
Kiedy i czy w ogóle mężczyźni zaczną walczyć o swoje prawa tak, jak robią to dzisiaj kobiety?
Nie mówię tego, by bronić mężczyzn i patriarchatu jako takiego, ale głośno się zastanawiam nad nielogicznością świata tego. 🙂
Miłego dnia!

Refleksja

Czy osoba, która mówi "Kocham Cię! Potrzebuję Cię!" lub też w ogóle w tej kategorii właściwie mówi nieprawdę?
Bo skoro częścią miłości jest poczucie potrzeby kogoś, chociażby ta częśc była mikroskopijna, to już nie jest miłość, tylko chęć zaspokojenia tej właśnie potrzeby. Jakiegoś prywatnego interesu. Interesu przytulenia, całusów, seksu, kasy, rozmowy, pocieszenia…
No bo skoro alkoholik potrzebuje alkoholu do życia, to czy oznacza to, że kocha alkohol? Tak naprawdę?
Czy prawdziwa miłośc nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy nie potrzebujemy danej osoby w ogóle do szczęścia, a mimo tego ją kochamy?

Co tam u mnie +kolejne urodziny. Prawie moje! :D

Nie wiem, dlaczego właściwie, ale ostatnio zagustowałam we wpisach na bloga, w których możecie poznać mnie nieco bardziej. Nie moje motta, złote myśli, nie muzykę, której słucham, tylko mnie i to, co się u mnie dzieje. Chyba inspiracją dla mnie była @Jamajka i jej genialne w stylu i formie wpisy. Serio, polecam! 🙂
##Lament na świat dziwny
Tak sobie zacznę od smutnej nutki, by skończyć na wesołą.
Byłam niedawno w miejscu, w którym dużo się mówi, a mało robi. Tzn. dużo się robi, ale mało z tego wychodzi tak naprawdę. Dużo papierów, mówienia o tych papierach, entuzjazmu nt. papierów i ich roli w kreowaniu nowego ł… tzn. nowego, lepszego świata, a ja, szara Kowalska, a właściwie szara Bartosiak, niewiele z tego w istocie mam. Więc po co to wszystko?
Po co to takie usztywnianie się, po co te sterty papierów, entuzjazm z ich powodu, udawanie, że to jest to, co zmieni moje życie…
Jak brutalny cios musi dostać polski system wszystkiego, by zmienić ten stan rzeczy? By działania nie miały w sobie tego rysu pustki i braku prawdziwego celu?
Bo ja ostatnio tak się trochę czuję. Że moje działania tego rysu nie posiadają.
Odczuwam to także, a może zwłaszcza, jako członek zarządu fundacji.
Tak się dzisiaj śmieliśmy z kolegą-prezesem, że o ile jeszcze kilkanaście miesięcy temu do białej gorączki doprowadzało nas bezcelowe zachowanie tych wszystkich szych na górze, np. szefów od tego, żeby niewidomym żyło się lepiej, o tyle teraz, stojąc na ich miejscu, rozumiemy nieco lepiej ich ból istnienia, z którego to zobojętnienie wynika. Bo jeżeli możesz grać tylko tymi kartami, które ktoś Ci z góry rzuca na stół, a te karty to nawet nie dochodzą do marnej piątki, to musisz jakoś sobie z nimi radzić. Zwłaszcza, jeżeli mimo wszystko dążysz do tego, by być normalnym, uczciwym człowiekiem i serio zasłużyć na swoje wynagrodzenie. A tu ogół uważa, że jak pracujesz dla dobra innych, to już Ci się nie należy. Co z tego, że pracujesz często więcej niż 8 godzin dziennie?
Hej, tak mi właśnie przyszło do głowy, że lekarze też pracują dla dobra innych. A więc to nas łączy, bo na ich wynagrodzenie też ludzie narzekają. 😀 Tylko że ich wynagrodzenie sięga dziesiątków tysięcy, a nasze, ekhm…A z boku wygląda, żeś graczem do dupy. 😀
Jeżeli masz do dyspozycji projekty, które wynikają z projektów, które wynikają z projektów, a poza tym to tonę papierologii i strach przed "Skarbówą" (pozdrawiam Pana, Panie Pratchett!), a w dodatku poczucie, bardzo silne poczucie, że ci, którzy są, że tak powiem, odbiorcami tego, co Ty im tam wyprodukujesz, nie czują z tego satysfakcji i traktują Ciebie jako zobojętniałego gracza do dupy, to serio się nie chce. I Ty wiesz, że jako beneficjent, jako odbiorca, też byś to tak potraktował, ale jednocześnie nic z tym nie możesz zrobić.
Z drugiej strony masz poczucie, że przecież jednak możesz zmienić świat…
##Czyje to urodziny są?
I tym niemiłym torem myślowym dochodzę do tego, że dzisiaj Fundacja Prowadnica obchodzi swoje pierwsze urodzinki.
Wylosowała długopis, kieliszek i banknot pińcetzłotowy. Nie no, żartowałam. 😀
A tak na poważnie, to bycie członkiem zarządu fundacji uczy naprawdę nie jednego i to w wielu swerach. Nauczyłam się, a właściwie wciąż się uczę, polegać na ludziach lub na nich nie polegać, hamować swoje zapędy, akceptować fakt, że nie zawsze będzie "po mojemu"… Dobra próba charakteru, ta Prowadnica. 😀 Uczę się takoż rzeczy bardziej banalnych, takich jak, bagatelka, spotykanie się z oficjelami różnej maści. Wiecie, że jak zaproponują coś ciepłego do picia, to nie wypada odmówić, bo jak odmawiacie, to dajecie do zrozumienia, że Wam się śpieszy i nie macie czasu? Serio! 😀 Trudno tak, o, opisać to wszystko, co dała mi fundacja. Bo to wygląda na nic szczególnego, zwłaszcza jak to się wyrazi na piśmie. Trzeba to po prostu poczuć.
Z jednej strony polecam taką przygodę, z drugiej – nie polecam. Nie uważam, by było wiele osób, które się do tego nadają. Ja, na ten przykład, się nie nadaję. 😀 Ale analizując charaktery wielu moich znajomych i nieznajomych, często naprawdę fajnych ludzi, dochodzę do wniosku, że oni nie nadawaliby się do tej roboty. Z wielu powodów. O ile nie masz, na ten przykład, śladowych umiejętności pracy w zespole, zróżnicowanym zespole, nie idź w to. O ile nie jesteś absolutnie bystry na tyle, by ogarnąć całą tę obrzydliwą biurokrację, nie idź w to. O ile nie masz tyłka twardego jak głaz od licznych kopniaków, też w to nie idź. Serio radzę! 🙂

##A co do tej zmiany świata, to…
Ostatnio wypracowałam sobie w głowie taką zasadę, którą można podsumować dwoma słowami: Po czterdziestce.
Po czterdziestce będę zezgredziałym, zramolałym grzybem, zołzą, która z pobłażliwością, litością lub wzgardą patrzeć będzie na poczynania tej śmiesznej, nic nie rozumiejącej młodzieży. Po czterdziestce, wcześniej nie. Mam jeszcze 16 lat na to, by zmienić świat. I nawet, jeżeli go nie zmienię, to zrobię chociaż krok naprzód dla tych, którzy przyjdą po mnie. Oby tylko naprzód, nie w tył…
Chyba od zarania dziejów jest tak, że starzy bywalcy uczty zwanej życiem ze wzgardą i litością patrzą na młodzież. Bo oni już wiedzą, oni widzieli, oni mają doświadczenie…
Tylko jakie? I dlaczego? Jakim prawem? Skąd się ono bierze? Jakbyśmy wszyscy w ten sposób rozumowali, nie zleźlibyśmy z drzewa. Założę się, że pierwszy na dole był jakiś młody jaskiniowiec z ambicją i bez rozumu. 😀
Ja mam 16 lat przed sobą. Potem mogę odpocząć i krzywić buźkę z litościwym wejrzeniem ciemnych ocząt. Szczęśliwie to jeszcze dużo czasu. Czasu, który gna jakby mu Redbull skrzydeł dodał. I to nie raz. 🙂
##Co poza tym?
Z dumą i serdecznymi podziękowaniami m.in dla użytkownika Piotr informuję, że od czasu jakiegoś działa u nas oczyszczaczo-nawilżacz powietrza, aby podnosić wilgotność w naszym przesuszonym mieszkaniu celem poprawy komfortu, a więc i zdrowia, jego mieszkańców.
Mam zamiar nagrać jego prezentację, ew. jakiś smaczny Tyflopodcast, tylko muszę się zebrać.

Przed kilku godzinami koleżanka wysłała nam piosenkę, która opisuje jej aktualny stan psychiczny.
Ja się cały czas zastanawiam i nie mogę wybrać odpowiedniej. 🙂

A teraz życzę Wam miłego dnia!

Znalazłam o takie coś na dysku, nie wiem, skąd się wzięło, no więc… :)

Oliwia z westchnieniem podniosła się z Ziemi. Pierścionka już chyba teraz nie odnajdzie, więc najwyższy czas spakować plecak albo raczej sprawdzić, czy jednak niczego nie zapomniała. Włożyła dłoń do przestronnej kieszeni.
– Laptop, monitor, książka… A gdzie ta książka? – Dłonie zatoczyły koło po podłodze. – Gdzieś ją tu widziała. Po chwili palce popchnęły chłodny krążek, którego wcześniej szukała. Odleciał kawałek, ale złapała go szybko i wsunęła na palec.
– Piękny. – Mówiono jej. – Piętnastokaratowe złoto, wspaniale z nim wyglądasz…
Możliwe, ale dla niej miał raczej wartość sentymentalną. Babcia dała jej go na piętnaste urodziny.
– Piętnastokaratowe złoto dla mojej piętnastolatki. – Powiedziała z uśmiechem przez łzy. Oliwia zasmuciła się, jak zawsze, gdy wspominała o babci. Babcia zmarła kilka miesięcy temu. Zaledwie rok po tym, gdy nastała nowa era w jej życiu.
"I stanowczo zbyt wiele lat za wcześnie…", pomyślała dziewczyna. Książka, której szukała, odnalazła się na łóżku. Skąd się tam wzięła, nie wiadomo – pewnie mama podniosła ją z podłogi i położyła tam, gdy Oliwia jadła śniadanie. Mogła chociaż powiedzieć… Dziewczyna zarzuciła plecak na plecy, a potem uwolniła z gumki gładkie rurki, które tylko czekały, by się połączyć.
Oliwia – długie, jasne włosy, dość wypukłe czoło, duże jasne oczy o długich rzęsach, szerokie usta i zadarty nos. tak przynajmniej mówiono. I dość mizerny wzrost, wynoszący całe 150 cm.
– Ile to będzie dm? – Zastanowiła się. – Ach, nieważne… Matma uderza mi do łba…
Otworzyła dżwi, kontrolnie sprawdziła, czy ktoś jej nie zapalił światła (oczywiście, było zapalone, więc zgasiła jej z westchnieniem) i, trzymając się poręczy, zeszła po schodach. Ostatnio liczyła je codziennie – równo 15. Tej poręczy mogłaby już się nie trzymać, ale robiła to z przyzwyczajenia, a może wciąż ze strachu…
Wyjście przed dom, w ciepły poranek. No tak, marzec, 15 stopni, niedługo będzie można zdjąć kurtkę… Kilka kroków w przód i odnalazła dżwi samochodu taty. Gdy wyjeżdżali za bramę, z rozbawieniem pomyślała, że niedługo zaczną kwitnąć kwiaty, po których nazwę nosiła ich ulica. Oliwia mieszkała na Konwaliowej 15 i uwielbiała tę ulicę tak, jak uwielbiała te świeżo pachnące, delikatne kwiatki.
Wyciągnęła z plecaka laptop, bo trzeba było jeszcze powtórzyć tę głupią matmę. 15 cali to dość duży format, ale na ultrabooka nie było ich na razie stać, z resztą ten komputer miała jeszcze wcześniej, bo dostała go, gdy poszła do gimnazjum. A wtedy miał służyć trochę do czego innego…
Westchnęła. Mat-Fiz to chyba nie był dobry pomysł, a początki w nowej szkole są zawsze ciężkie.
– Kiedy ten sprawdzian? – Spytał tata, odwracając w jej stronę głowę.
– Za dwa dni. Kurde, ja nie dam rady…
– Pewnie, że dasz, Lili, tylko musisz wziąć się w garść i wreszcie w siebie uwierzyć. Weź pod uwagę, że pare tysięcy pierwszaków boryka się z podobnymi problemami.
– Tato, przecież Ty dobrze wiesz, że ja nie jestem jedną z tych paru tysięcy.
– Wiem. – Odpowiedział po sekundzie wahania. – Tak, jesteś od nich inna, o czym dobrze wiesz. Nie będę Cię przecież oszukiwać. Problem w tym, że widzisz tylko minusy tej sytuacji, a nie dostrzegasz jej plusów. Lili, przecież masz też nas, nie jesteś z tym sama…
Wiedziała, że to prawda. Przymknęła oczy. Zmieniło się dużo, ale nie to. Dopiero teraz się o tym przekonała.
Lubiła, gdy mówiono na nią "Lili". Rodziło to w niej jakieś dziwne ciepło. Oliwia – wdzięczne, mocne imię, zaczynające się dokładnie na piętnastą literę alfabetu łacińskiego.
"Dużo jakoś tych piętnastek ostatnio…" – pomyślała z rozbawieniem.
– Dojeżdżamy. – Poinformował tata. – Dasz sobie radę?
– Tak. – odparła, jak robiła to od kilkunastu dni.
Otworzyć dżwi, uchwycić mocniej gładki kij, wysunąć go przed siebie, wysłuchać dźwięków otoczenia…
– Pa. – Rzuciła, zamykając dżwi.
Kilka niepewnych kroków, a potem już łatwiej – w stronę otwartych dżwi. Nagle uczuła dotyk na ramieniu. Uśmiechnęła się.
– Witaj! – Szept przy uchu.
– Co tu robisz tak wcześnie?
– Miałem trochę czasu, więc przyszedłem.
– Tak, a potem narzekasz, że kimasz na matmie!
– E tam, no i co z tego?
Poszła już pewniej, ufna jego mocnemu ramieniu.
Nagle, wraz z wiosennym wiatrem, owiały ją wspomnienia.
***
Trzask. Ból. Krzyk. Ciemność. Pustka. Cisza. Nicość. Dźwięki, które powracają powoli, jakby wynurzała się na powierzchnię wody.
– O Boże, budzi się… O Boże!
– Ma…ma?
– Jestem, Skarbie mój, jestem…
– Gdzie? Gdzie jesteś? Ciemno…
Zapadła głucha cisza.
***
Następnych paru miesięcy nie pamiętała.
***
Gdzie ta durna komórka? Ręce haotycznie przeszukują przestrzeń blatu biórka. Jest!
Palce bezmyślnie szurają po gładkim ekranie… Cholera jasna, jaki to był gest?
– Lili? Lili, to ty? Lili, mogłabyś się nie rozłączać, jak dzwonię? Mogłabyś mnie nie blokować? Dzwonię już z piątego numeru, nie rób mi tego znowu!
– Czego chcesz?
– Czego? No nie wiem, Mała, może ja tu umieram ze strachu? Może dostaję kręćka, bo nie wiem, co z Tobą się właściwie dzieje?
– Tak? Nie wiesz? Nie dotarło do Ciebie? Myślałam, że to najgorętrza plotka w mieście! Odpieprz się, spadaj!
– Lili! Oliwia!
Krzyk zaświdrował w ucho tak, że musiała odsunąć słuchawkę od ucha. Zdziwiła ją nagła zmiana tonu jego głosu.
– Lili, czy naprawdę chciałabyś, żebym się odwalił? Bo jeżeli tak, to jesteś skazana na porażkę. Nie wygrasz, Kwiatuszku. Nie zrezygnuję z Ciebie.

Moje własne 15 ton :D

Kochani,
Pamiętacie taki program w TVP z przed kilkunastu lat, który prowadził Pan Lusterko… yyy… tzn. P. Dariusz Odija? W tempie karabinu maszynowego prezentował w nim przeboje i nowości najczęściej słuchane w Polsce. Zestawienia prowadzono m.in na podstawie sprzedarzy płyt w Empiku czy radiowych list przebojów.
Dzisiaj to ja prezentuję listę przebojów, jednak w formie pisemnej i tylko moją własną. 😀 I tylko 15 utworów. Bo tak. 😀 Poznacie więc 15 piosenek, które, jak mi się wydaje, gościły u mnie w słuchawkach najczęściej w 2021 roku.
Moje zestawienie oparłam na playliście polubionych filmów z Youtube, ponieważ tam najczęściej ostatnio słucham muzyki (No coooo… :D).
Utwory są uszeregowane od 15 do 1 po dacie dodania, malejąco, tzn. od najnowszego.
A więc zaczynajmy!

##15. Z. Wodecki, "Oczarowanie"

Ten utwór oczarował mnie dlatego, że jest wykonywany do popularnej, angielskiej melodii walca angielskiego, do której miałam kiedyś przyjemność tańczyć. No i już chyba wiecie, że jestem zawodeckowana, prawda? 😀

##14. A. Rieu, Beer Barrel Polka

Najpierw tego posłuchajcie, a potem przejdźcie do tego:

Znacie? Kojarzycie?
Nieee?
No to słuchajcie tego:

Wybaczcie, na szybko znalazłam tylko to wykonanie. 😀
Bardzo lubiłam tę piosenkę biesiadną i mojego sentymentu do niej nie zepsuł fakt, że nie ma ona bynajmniej polskich korzeni. No, chyba, że to Niemcy od nas ściągnęli. W co szczerze wątpię. 😀

##13. Golec UOrkiestra, "Ściernisco"

No bo to było tak, że zaczynaliśmy pracować nad koncertami. I nad fundacją. I nad wszystkim. I przyszedł taki wieczór, że nam mówili, że nam się nic nie uda. I że po co. I w ogóle. I potem włączyłam to. I odpadłam. 😀
Należy nadmienić, że fanką Golców byłam niemal od pieluch.

##12. The Stranglers, "Golden Brown"

Tytułu i wykonawcy tego utworu szukałam chyba od kilkunastu lat. Rytm, aranż, klawesyn – podobało mi się w nim dosłownie wszystko!!!
Mój nieoceniony tata w minutę znalazł odpowiedź na dręczące mnie pytanie, więc o to jest – słuchana tak często, że już mi się przesłuchała i nawet przetłumaczona przeze mnie na polski (tłumaczenie na moim blogu).

##11. Flying Pickets, "Only you"

I znów mamy tu do czynienia z utworkiem, którego melodia kołatała mi się po głowie od kilku miesięcy i natrafiłam na nią zupełnym przypadkiem podczas przeglądania Youtube Mix (Dzięki Ci!).

##10. Pędziwiatry, Polka Bałódzka

Wszystko zaczęło się od tego, że śpiewałam ten utwór roku w podstawówce. Potem zaginął w odmętach internetów i odnalazł się, ku mojej wielkiej radości, całkiem niedawno.
Powinnam dodać go do spisu utworów z kategorii "A skąd ja właściwie pochodzę".
Dziwię się, że jest tak mało znany i nie jest wymieniany w spisach łódzkich utworów.

##9. W. Młynarski, "Róbmy Swoje" (dodajmy, że w 432 hz)!

Informacja, że to jest w 432 hz, jest bardzo ważna! Wiecie, że Młynarskiemu trzeba było przestrajać fortepiany na koncert, jak śpiewał, bo odmawiał występu w 440 hz? To jest siła przebicia… Ale może miał rację?…
A ten utwór to jest chyba, a przynajmniej być powinien, nieoficjalny hymn naszej fundacji.
Puszczam go sobie, gdy coś nam się uda, albo gdy jest wręcz przeciwnie (wtedy tym mocniej klaszczę i tańczę) i nucę go przez zęby, gdy ktoś mnie wkurzy okołofundacyjnie.
Serio, powinniśmy to oficjalnie uznać. 😀

##8. Abba, "Dr Claus von Hamlet"

Co to za piosenka? Co za album? Skąd ten tekst? Skąd mnogość i dziwność tytułu?
Nie mam pojęcia!
Ale fajne! 🙂

PS. #TeamAbbaForever!

##7. E. Hulewicz, "Serdeczne życzenia"

Ta piosenka jest po prostu optymistyczna, ciepła i kochana. I chciałabym ją śpiewać na urodziny każdemu, niezależnie od stopnia znajomości lub pokrewieństwa.

##6. Middle Of The Road, "Chirpy Chirpy Cheep Cheep"

Cóż za skoczność i melodia w towarzystwie do tekstu, który w mojej opinii nie jest logiczny. No, ale to tylko moja opinia. 😀

##5. P. Hollens, "New Civilisation VI Theme"

Ten utwór chyba broni się sam. 🙂

##4. R. Roczeń, "Jasnowłosa"

To tak w ramach odskoczni od poważnych i patetycznych melodii z poprzedniej dziesiątki. Częste pobyty nad morzem zobowiązują. 😀

##3. Teraz My, "Hej bystro woda"

Oj, jak się fajnie odjeżdżało przy tej piosence…

##2. Abba, "Fernando" (z filmu Mamma Mia 2)

W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że śpiewa tu Cher. W drugiej pomyślałam, że to dość dziwny wybór. A w trzeciej i wszystkich kolejnych po prostu odpływałam.
Jaki to fantastyczny wybór! Jak fajnie brzmi tu dojrzały, głęboki głos, opowiadający tekst o parze tak dojrzałej!

##1. P. Hollens, "You raise me up"

Miałam przyjemność sama śpiewać tę piosenkę, ponieważ ujęła mnie prostotą i prawdziwością tekstu. Dawała nadzieję w smutne chwile i często wzruszała do łez.

To nie są wszystkie utwory; co więcej, to zestawienie jest bardzo subiektywne i przygotowane prymitywnie.
Ale mam nadzieję, że się spodoba! 🙂

Rozgrywka

Czasem, gdy jest mi bardzo źle, lubię sobie porównywać życie do dziwnych rzeczy.
Dzisiaj, gdy miałam swego kryzys ołwerlołdowy, pomyślałam sobie, że życie jest właściwie rozgrywką.
Tylko że taką, w którą nas wepchnięto bez naszej woli.
Pamiętacie którąś część Małych Agentów? Tę, w której zmusza się bohaterów do przejścia gry w wirtualnej rzeczywistości? No, więc tak jest z nami. Tylko ktoś odpala poziom hartcore. W Wiedźminie nie potrafią go przejść nawet mnisi z tej doliny u Pratchetta, co czas w niej płynie inaczej (Zapomniałam, jak się nazywa.).
I nie masz żadnych boostów, skili, supermocy, czy co tam jeszcze mieć można.
Tzn. właściwie źle mówię – masz, tylko power do jakiegoś skilla kompensuje jedynie dość mierne wyniki w innej dziedzinie.
A może życie to taki raczej RPG? Tylko często za dużo w nim mrożących krew w żyłach, totalnie niezrozumiałych akcji. No, i musisz pracować często sam. 🙁

Tfu, tfu, motywacyjnie :D

Wiecie co, ostatnio zmarły dwie ważne dla mnie osoby.
Tzn. jedna bardzo ważna, druga mniej. I myślę, że się nie obrazi za to "mniej", bo ta pierwsza jest, była, moją babcią, druga – nauczycielką.
Śmierć babci przyszła bardzo nagle. Miałam stresujący, dość przykry dzień, gdy wysiadłam z pociągu, a tata poinformował mnie o zawale. I poszło lawinowo. Jestem dość gruboskórna, ale nie wytrzymałam i zalałam się na dworcu łzami… Noo, bez szczegółów, to nieważne.
W każdym razie z tą pierwszą śmiercią się jeszcze godzę. I jeszcze trochę będę. Aż czasem dziwię się, że tak rzadko rozpaczam, że tak rzadko jest mi źle itp itd. No i kolejny powód do namysłu znalazł się już na następny dzień, gdy świat nie chciał się zatrzymać. Tak po prostu. Wszystko się działo, jak działo się wcześniej. Jakby nic się nie stało. Co więcej, liczne obowiązki nie chciały poczekać. Z jednej strony musiałam się nimi zająć, z drugiej – chciałam, żeby zająć myśli. Ale jakoś tak mi brakowało tego wszechobecnego współczucia, żeby wszyscy rozumieli, w czym problem, żeby pocieszyli itp. I tak do mnie dotarło, że jak się ma 9 lat, to przy okazji śmierci babci wszyscy są wyrozumiali, mili, czekają, nie naciskają itp itd. Ale jak się ma 23, to już się jest dużym. Więc nie wypada. Więc trzeba iść do przodu. Bo świat się nie zatrzyma. Tylko zastanawiam się, dlaczego. Dlaczego ludzie nie potrafią, jak w przypadku małego człowieka, zatrzymać się, pogłaskać po głowie i zwolnić ze względu na okoliczności mocno łagodzące. Tak jakby bycie "dużym" zwalniało z prawa do zatrzymania się w pędzie. A nie zwalnia. I nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę serdecznie pragnę z tego miejsca podziękować kręgowi moich najbliższych (nie mówię tylko o rodzinie), którzy znosili moje gwałtowne zmiany nastrojów, dziwne komentarze, zrywy motywacyjne, doły i opierdziele o wszystko. Brakowało mi wsparcia, jakie od Was otrzymałam, od obcych ludzi. Nie wiedziałam, ile z tego mogę powiedzieć, a ile to już będzie rozczulanie się nad sobą.
Ehhh, to tak już wychodzi, jak umiera Ci ktoś bliski właściwie po raz pierwszy. 🙁
Druga śmierć przybyła na dzień przed Wigilią, kiedy to z trzeciej ręki dowiedziałam się, że zmarła w mojej szkole nauczycielka, pono włoskiego. Nauczycielki włoskiego były zaledwie dwie, obie ważne dla mnie. Z biciem serca oczekiwałam doprecyzowania, która to. I okazało się, że słusznie się obawiałam.
Osoba, którą zabrała śmierć, to było połączenie profesor McGonnagal z Gabrysią Borejko. No, może tam jeszcze ktoś w tym połączeniu wystąpił, ale teraz nie mogę wykoncypować. Ta druga śmierć z kolei skłoniła mnie do stwierdzenia, że jestem stara.
Bo skoro tyle tych osób ostatnio umiera, skoro umierają osoby mi znane, które jeszcze niedawno rozmawiały ze mną, skoro umierają autorytety, to jednak coś jest nie tak.
Nauczycielce zawdzięczam to, gdzie jestem zawodowo. Ona we mnie wierzyła. Jak przyszłam na lekcję zdołowana, że na rynku pracy nie ma, yyy… pracy, powiedziała po prostu "jak będziesz dobra, znajdziesz pracę". Ale nie tak, jak się mówi to niewidomym, żeby pocieszyć. Jak ona powiedziała, to wiedziałam, że tak będzie. Z drugiej strony pilnowała, by mi woda sodowa nie uderzyła do głowy. Jak dwa razy z rzędu miałam 82% z próbnej matury, to stanowczo i autorytarnie stwierdziła, że tak być nie może, bo stoimy w miejscu. Ale gdy z tej prawdziwej otrzymałam również 82%, pogratulowała. I już o staniu w miejscu nie mówiła. Ona we mnie wierzyła. Ale nie rozczulała się.
I tak sobie myślę, że te dwie osoby naprawdę we mnie wierzyły. I zastanawiam się, co by powiedziały teraz, gdy znają całą prawdę o mnie. Czy byłyby dumne, a może stwierdziłyby, że coś trzeba poprawić, albo że nie tą drogą idę, co trzeba?…
Dlaczego popełniam ten wpis? Pfff, chyba po części dlatego, że to w końcu mój blog, więc mogę, a po drugie, by przekazać Wam kilka ważnych zasad:
1. Serio, śpieszmy się kochać ludzi. Bo odchodzą szybko. Naprawdę szybko. Ja wiem, to jest banał, wszyscy to wiemy, wzruszamy się i zamyślamy. Tylko jak ktoś naprawdę odejdzie, to nagle się okazuje, jaka to była prawda. Więc jeżeli choć trochę mnie lubicie, to zadzwońcie do dawno niewidzianej babci, cioci, czy innej znajomej, z którą nie macie kontaktu. Bo to się może okazać ostatnia rozmowa, jaką odbyliście. Ja się z babcią nie zdążyłam pożegnać.
2. Zapamiętajcie sobie, że powoli zbliża się czas, że zaczniecie się żegnać z bliskimi. Jesteście coraz starsi, a czas nie stoi w miejscu. Trzeba się godzić ze stratami i z począkiem nowego. A potem to zapomnijcie. Bo to i tak boli. 🙂
3. Kiedy już przyjdzie ten czas, to dajcie sobie odpocząć. Nie wstydźcie się mówić o uczuciach. Jeżeli mi powiecie, że ktoś Wam umarł, ja to zrozumiem. Dobrze zrozumiem. I starajcie się rozumieć innych. I wspierać. Bo tego brakuje.
4. Przez pamięć dla nich, nie stawajcie w miejscu. Zastanówcie się, czy/jak te osoby w Was wierzyły, ufały Wam, a potem, przez pamięć dla nich, postarajcie się. 🙂
Miłego wieczoru!