2. C. S. Lewis, „Listy starego diabła do młodego”

Była to moja druga próba przebrnięcia przez tę doniosłą (i szczęśliwie dość krótką) lekturę i tym razem udało mi się przeczytać ją całą. 🙂
Sądzę też, że będę do niej wracać, ponieważ zawiera w sobie wiele uniwersalnych prawd i to pomimo paru zarzutów, jakie mogę jej postawić.
Niestety w wielu kwestiach nie mogę być do końca obiektywna, bo zaczęłam czytać ją w momencie trudnym dla mnie, tj. pełnym zmian w moim życiu i to takich, których nie chciałam.
Czułam się więc tak, jakbym nie tylko musiała radzić sobie ze zmianami "na dole", ale też "na górze", tj. w mojej głowie.
Listy starego Krętacza do młodego, lekkomyślnego Piołuna poruszyły w mojej duszy wiele strun i mam nadzieję, że zagrają one zgodnie z przeznaczeniem. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę, bo dała mi wiele do myślenia. Mam jednak nieodparte wrażenie pewnego zgrzytu, gdyż wszystkie rady i przestrogi, choć w dużej mierze słuszne, napisane były, jakby nie patrzeć, przez człowieka, a więc z jego perspektywy. Niby wiem, że przecież inaczej się nie da, że każda książka, nawet Pismo Święte, zawiera w sobie rys osoby, która ją tworzy, ale nie do końca podoba mi się, że poucza mnie ktoś, kto sam może nie tylko popełniać grzechy, co mi w uczeniu się nie bardzo powinno przeszkadzać, ale jego sposób myślenia wcale nie musi być jedynym słusznym. Tyle jest przecież dróg do Boga, ilu jest ludzi, prawda? Mr Lewis pisze o pewnych prawdach, mówi, że powinno być "tak i tak", a przecież nie możemy mieć pewności, że ma rację. Ba – żadne z informacji, które do tej pory o nim wiem, nie potwierdzają, że ma prawo pisać w taki sposób. Do tego trzeba wielu lat studiów teologicznych, może setek poznanych bardzo dobrze ludzi, a nawet setek historii spowiedzi i kierownictw duchowych. No, może przesadzam. 🙂
Uważam jednak oczywiście lekturę "Listów" za uniwersalną i dość prawdziwą, oczywiście dla osób wierzących i dość mocno w tej wierze zakorzenionych. Nie polecam jej za bardzo ateistom a także osobom, które mogą jedynie powiedzieć o sobie, że wiedzą, że Bóg jako taki istnieje.
Zdecydowanie żałuję, że nie zawiera w sobie więcej humoru, dowcipu i lekkości, a jest raczej monotonna w rysie i stylu. Nie jest to zdecydowanie powieść filozoficzna, pełna zawiłości i niezrozumiałych ciągów przyczynowo-skutkowych, ale sądzę, że większa doza lekkości sprawiłaby, że więcej osób by ją przeczytało, a co ważniejsze – zapamiętało płynące z niej przesłanie i zrobiłoby z niego odpowiedni dla siebie użytek.
Na koniec dodam, że ubawiła mnie wzmianka o jakże cenionym i subtelnym poczuciu humoru Brytyjczyków – że, przepraszam, o czym mówimy??? 😀

10 rzeczy, bez których nie mogę się obejść

Do tego wpisu zainspirował mnie p. Cezary Pazura, który na swoim kanale w serwisie Youtube kilkanaście miesięcy temu opublikował taki właśnie filmik. Był to filmik żartobliwy i w tej konwencji przedstawię swoje tzw. Top Ten na dzień dzisiejszy. 🙂
W pewnym miejscu we wpisie nominuję aż 5 osób, więc trzymajcie się, czytajcie i obmyślajcie własne listy. 🙂 Perspektywa może być szeroka – od idei, przez sprzęt elektroniczny, aż po smaki herbatki i kawki.
Moja lista nie jest w żaden sposób uszeregowana, a wpis nie zawiera lokowania produktów. A szkoda. Mógłby. 😉

##1. Bóg
Nie muszę tłumaczyć zbyt wiele. Eltenowicze znają mój stosunek do Boga na tyle, by wiedzieć, że musiał znaleźć się na tej liście. Chociaż gdyby była tworzona w innej, mniej chaotycznej konwencji, np. z wykluczeniem idei, wartości itp., to pewnie by Go tam siłą rzeczy nie było. 🙂 Pomijając już aspekt moralny tego wyboru, to ja muszę trzymać się czegoś, co pozwala mi wierzyć, że będzie dobrze. Wiedza, że ktoś kocha mnie bezwarunkowo, umożliwia mi rozwój we własnym tempie, a świadomość, że ta osoba dodatkowo nie kieruje się w tych zmianach własnym interesem (ciekawy paradoks…), pozwala mi przeżyć na tym smutnym (jak na ten moment), szarym Świecie.

##2. Laptop
Hm, stawianie Boga obok laptopa w jednym szeregu – to tylko na moim blogu. Zapraszam! 😉
Tym niemniej to, niestety, jest prawda – nie mogę przeżyć bez komputera, a obecnie korzystam z laptopów, a właściwie – ultrabooków. Laptop jest przenośny, pozwala pracować wszędzie, jest lekki i nie wymaga (zbyt często) pomocy zasilania. W przypadku uczenia się i studiowania jest to kluczowa sprawa. Sądzę, że każda osoba niewidoma zgodzi się ze mną w tej sprawie, że dzisiaj bez komputera to jak bez ręki.

##3. Smartfon
Jakich czasów dożyliśmy? W smartfonie mamy relacje, pieniądze, codzienną porcję wiadomości (głównie złych), śmiesznych filmików o kotach, zagłuszacz ciszy, pocztę czynną 24/7 bez nachmurzonej urzędniczki, stroik do gitary i wiele, wiele innych rzeczy. Gdy Cezary Pazura zastanawiał się nad tym, ile rzeczy musiałby brać ze sobą, gdyby nie miał telefonu, wyszła mu spora walizka. 🙂 I to jest prawda.
Dodatkowo osoby niewidome często rekompensują sobie telefonem brak wzroku, więc jest im on tym bardziej niezbędny.

##4. Butelka filtrująca, w tym wypadku – Dafi
Już wiele lat temu uderzała mnie konieczność wyrzucania ton plastikowych butelek do śmieci. Nie tylko dlatego, że jest to zwyczajnie nieekologiczne, chociaż z tego później też zdałam sobie sprawę, ale dlatego, że ja zawsze piłam dużo wody. Był czas, gdy piłam jej aż 3 litry dziennie, w tym jedną butelkę półtora lub dwulitrową. W moim pokoju rosła sterta pustych butelek, osiągając niewyobrażalne rozmiary i wpadając za łóżko, skąd ciężko je było wyciągać. Dodatkowo w podróży musiałam pilnować, żeby mieć ze sobą "picie", a jak owo "picie" się kończyło, to nie dość, że martwiłam się, jak tu po niewidomemu kupić sobie nowe, to jeszcze po torbach pałętały się puste butelki, bo nie mogłam zobaczyć kosza. Już nie mówiąc, że za starych, dobrych czasów półlitrowa butelka wody kosztowała złotówkę. Wodę kupowało się u nas w domu galeonami, bo każde z dwojga dzieci codziennie brało do szkółki butelkę, a w domu piło się jej też bardzo dużo.
Teraz, gdy mam moje butelki filtrujące, nie muszę przejmować się prawie niczym, poza tym, żeby ich przypadkiem gdzieś nie zostawić. 🙂 Nie wydaję niepotrzebnie kasy na kolejne butelki wody, nie muszę martwić się o kosz, a nawet, jak raz na dwa lata zgubi mi się butelka za dwadzieścia złotych, to jest to koszt ekonomiczny i środowiskowy nieporównywalnie mniejszy, niż tona wywalanego plastiku. Wystarczy tylko kran z wodą w każdej toalecie i nawet nie muszę wchodzić do niej sama – wystarczy, że poproszę osobę mi towarzyszącą, by napełniła mojego Dafika.
To jest moment, gdy nominuję pierwszą osobę i jest to zuzler. 🙂

##5. ASMR
Wszystko zaczęło się tak naprawdę podczas pandemii, chociaż zwyczaj słuchania czegoś przed snem sięga u mnie o wiele dalej w przeszłość, jeszcze do ery komputera stacjonarnego i braku urządzenia typu MP3/MP4. Tuż przed snem odpalałam dobrze znany audiobook i na najmniejszej możliwej głośności moich głośników z subwooferem (tak, wzmacniacz, subwoofer, ale nie wyobrażajcie sobie na jego temat zbyt wiele :D) odprężałam się przed snem. Potem była MP4, a potem – pandemia. Pandemia sprawiła, że zaczęłam czuć ciągłe napięcie, strach i tzw. "doła", chociaż to zdecydowanie zbyt lekkie określenie tego, co działo się (i często dzieje) w moim mózgu. A ponieważ dreszcze tegoż, spowodowane np. bawieniem się włosami, uwielbiałam zawsze, to zdecydowałam, że spróbuję. Pierwsze odpalane filmiki przez długi czas przynosiły odpowiedni efekt; teraz mój mózg uodpornił się już na prezentowane w nich bodźce i słucham ich głównie dlatego, by skupić się na przekazywanej w nich treści. To powoduje, że odrywam myśli od tego, co męczy i dręczy mnie samą, zwłaszcza jeśli dotyczą tematyki, która mnie interesuje. I tak dochodzę do momentu, w którym zaczynają kleić mi się oczy.
Z perspektywy zdrowotnej sądzę, że to… niezdrowe, ponieważ wtedy muszę zdjąć i wyłączyć słuchawki, żeby we śnie nie powciskać losowo przycisków na ich nausznikach, więc proces zasypiania muszę zacząć od nowa.
Czasem odpalam też ASMR w dzień. Wtedy wiem, że jestem śpiąca. 🙂
Ja generalnie nie śpię w dzień. Gdy mam ochotę na ASMR, to wiem, że mój organizm potrzebuje regeneracji i odpoczynku.
I to jest kolejne miejsce na nominację – nominuję niniejszym Kasię z bloga Cymelium. 🙂

##6. Moje słuchawki Soundblaster Jam
Serio chciałabym, żeby wpis zawierał lokowanie produktu. Ale niestety nie zawiera.
Słuchawki bezprzewodowe kupiłam, ponieważ zdecydowałam, że mam już dość pałętających się wszędzie kabli, a noszenie telefonu ze sobą nie ma sensu, skoro jest on wyposażony w opcję tak wdzięczną, jak Bluetooth. Przyznaję, że ten sprzęt zrewolucjonizował moje życie. Szczęśliwie dla mnie, od razu kupiłam model, który idealnie (no, prawie) wpasował się w mój gust, czyli Soundblaster Jam v1. Potem, w obawie o wycofanie produktu, zakupiłam też v2, mimo że v1, z wyjątkiem mikrofonu, bardzo dobrze mi nadal służy. Mikrofon poległ w boju z wilgocią i nadmierną eksploatacją. 🙂 Niestety druga iteracja jest, paradoksalnie, dużo, dużo gorsza od pierwszej. Barwę ma gorszą, zaś dźwięki komunikacyjne – uszojebne (wybaczcie określenie).
Teraz mogę odpalić jakąś playlistę na telefonie, zejść piętro niżej, gotować, jeść, robić herbatę, chodzić po domu i nie martwić się, że telefon wypadnie mi z ręki, kieszeni czy jeszcze bardziej niebezpiecznego miejsca.
Ma to też swoje wady – jeszcze bardziej uzależniłam się od "ciągłego grania" w uszach. To bardzo zły nawyk. Martwię się o siebie, ale nie umiem na razie się go pozbyć.
Kolejną nominowaną osobą jest Jamajka. No wiem, nie ma za co. 🙂

##7. Herbata
Moją relację z tym napojem nawet trudno opisać. Mam tu na myśli głównie herbatę czarną, chociaż od długiego czasu zalicza się także zielona (wyłącznie na śniadanie). Nie mówię tu o mieszankach i herbatkach ziołowych, bo to trochę inna kategoria, ale z nimi także lubię eksperymentować.
To czarna herbata jest jednak moim remedium na całe zło tego świata. Gdy naprawdę nie mam jak podreperować podupadającej odporności po długim spacerze w zimnie, gorąca czarna herbata pomaga mi się rozgrzać. Gdy nie mam przy sobie leku na moje sezonowe dolegliwości żołądkowe, czarna koi na jakiś czas moje skręcające się wątpia. Pobudza też, gdy w dzień mam ochotę rzucić się na łóżko, jak również pomaga pozornie poprawić sobie nastrój, gdy jest odpowiednio słodka i mocna (Naprawdę, moje herbaty są coraz mocniejsze!). Myślę, że traktuję ją tak, jak ludzie traktują kawę. Gdyby znikła, naprawdę ciężko byłoby mi się pozbierać.
W tym miejscu pada kolejna nominacja – Monia01! Wiem, że dawno nie pisałaś nic na blogu i może chociaż ten wpis przypomni Ci, jak się to robiło, a Eltenowiczom – jak fajnie pisałaś Ty sama.

##8. Zatyczki do uszu
Nominacja padnie tym razem na początku – pajper. Ty wiesz, za co! 😀
Jestem niestety osobą tak przewrażliwioną na dźwięki w nocy, że czasem nie pozwala mi zasnąć zasilacz podłączony do gniazdka. Zwłaszcza, gdy jakiś sprzęt jest do niego podłączony i, nie daj Boże, zdążył się naładować. Rozmowy zza ścian wielu, ruch, gdy ktoś idzie do toalety, szczekanie psa za oknem, parada rozweselonych nocnych wędrowców – wszystko to sprawia, że trudno mi zasnąć. A jeśli w okolicach mojego pokoju ktoś chrapie, staje się to katorgą nie do zniesienia. No nie mogę. Nie mogę i już!
Z pomocą przychodzą zatyczki, a moimi ulubionymi są te z rodzaju 3M – gąbkowe, które nie pozostawiają w uszach obrzydliwego filmu, nie lepią się, są elastyczne i dopasowują się do uszu. Ich przewożenie też jest bardzo wygodne, chociaż trochę nieekologiczne, bo sprzedawane są w malutkich foliówkach. Trzeba kupować ich dużo, bo mój tryb spania zakłada zgubienie w tajemniczych okolicznościach przynajmniej jednej sztuki na dwie noce. Jest to zagadka, której nie udało mi się do tej pory rozwiązać. 🙂
Marzę o czasie, gdy będę zasypiać przy pracującej drukarce 3D, jak pajper, przy włączonym radiu, jak połowa Eltena, albo nawet przy grającym za ścianą telewizorze.
To nie do końca tak, że muszę mieć ciszę absolutną, ale odgłosy, które słyszę, muszą być dla mnie tak naturalne, bym nie musiała być ciągle czujna.

##9. Aktywność fizyczna
O tym, jak wspaniale działa na mój nastrój, przekonałam się czystym przypadkiem, chyba jeszcze w szkole podstawowej. Nasza nauczycielka WF zabierała nas wtedy na siłownię, gdzie najczęściej spędzałam pół godziny na rowerku. Zlana potem, schodziłam z niego w dużo lepszym nastroju, niż na niego wchodziłam. Czułam się odświeżona i martwiłam się dużo mniej. Długo zajęło mi połączenie obu tych faktów, ale gdy to zrobiłam, to aktywność fizyczna wskoczyła na moją listę "poprawiaczy komfortu życia". O niej na pewno napiszę, tylko innym razem. 🙂
Najgorsze z tą aktywnością fizyczną jest to, że się nie chce, gdy jest najbardziej potrzebna. Gdy mój organizm naprawdę potrzebuje endorfin, ja nie mogę zmusić się do zejścia na dół i wejścia na orbitreka. Bo w piwnicy zimno, bo nie mam ochoty słuchać muzyki, bo ciągle gnają sprawy fundacyjne, bo jeszcze się nie wyleczyłam z podziębienia… Takich "bo" mogę znaleźć naprawdę dużo.
A jednocześnie wiem, że jak wytrzymam pierwszych dwadzieścia minut treningu, będzie mi lepiej. Troszkę lub dużo, ale na pewno lepiej. Tak to jest, że nie chcemy zwykle tego, co dla nas dobre. 🙂
Muszę jednak powiedzieć, że od mniej więcej dziesięciu lat aktywność fizyczna gra w moim życiu naprawdę znaczącą rolę!

##10. Mycie zębów wieczorem
Każdemu z nas zdarzyło się czasem robić sobie "Dzień Dziecka", "ale [taki], że dorośli się nie myją" (J. Pałka). Wiadomo, kładzie się wtedy człowiek spać "na brudasa".
Jakikolwiek nie byłby ten Dzień Dziecka w moim wypadku, to muszę, koniecznie muszę umyć wieczorem zęby. Tak już mam i tyle. Gdy kładę się spać z brudnymi zębami wieczorem, to nie mogę zasnąć, wyobrażając sobie szkliwo narażone na miliardy malutkich wrogów, które wiertełkami, kwasem i wszelkiego rodzaju innymi torturami zmuszają je do kapitulacji. Co śmieszne, rano nie mam takich problemów egzystencjalnych – oczywiście myję zęby, ale nie odczuwam dyskomfortu i naglącej potrzeby, która pali mnie przed pójściem spać wieczorem.
Moja paranoja sięgnęła tego stopnia, że w mieszkaniu mam dwa rodzaje pasty – jedną o charakterze "wybielającym", a drugą – do nadwrażliwych zębów, do których moje na pewno się zaliczają. Jeśli przez przypadek wieczorem umyję zęby pastą wybielającą, która przeznaczona jest na rano, mój organizm w sposób automatyczny odnotowuje "ok, kochana, dzień trwa dalej" i naprawdę mam wrażenie, że można spokojnie funkcjonować, mimo późnej pory. 😀
Podobnie rzecz ma się z resztą z pielęgnacją twarzy; jeśli wieczorem jej nie zrobię, rano budzę się z tłustą cerą, drobnymi krostkami i ogółem mam wrażenie absolutnej nieświeżości, jakbym spała w ciuchach.
Cóż, każdy ma jakiegoś bzika. 😀

No to teraz kolej na Was, moi nominowani, jak również wszyscy blogujący; pokażcie, bez czego nie umiecie się obejść. Enjoy!

1. K. Makuszyński, „Przyjaciel wesołego diabła”

Książkę tę przeczytałam na początku stycznia i muszę powiedzieć, że to było właśnie to, czego w tamtym czasie potrzebowałam.
Nie mogę jednak powiedzieć o tej powieści, że powinny ją czytać dzieci. Może dzieci z przed kilkudziesięciu lat, ale nie teraz. 🙂
Książka próbuje udawać wesołą i humorystyczną, jak to Makuszyński ma w zwyczaju, jednak jest pełna wzruszeń i doniosłości. Gdy czytałam kolejne rozdziały, skojarzyłam ją z Sienkiewiczowskim "pokrzepieniem serc", bo chyba w tym samym celu została napisana, a na pewno – w tym samym stylu. Nie przypomina pod względem wesołości i dowcipu "Szaleństw Panny Ewy", "Listu z tamtego świata" i innych powieści młodzieżowych Makuszyńskiego.
Mędrzec Witalis, staruszek nieco oderwany od rzeczywistości, ale o sercu szlachetnym i bardzo mądry, nawet nie spodziewa się, co stanie się z maleńkim chłopcem, którego znajduje na poboczu drogi do domu w ramionach martwej matki. Sam Janek nie wie, jak ogromną cenę będzie musiał zapłacić w wieku zaledwie kilkunastu lat za szczęście i życie ukochanego człowieka, którego traktuje jak ojca.
Nie wie, jakim próbom będzie poddany i czy… wyjdzie z nich żywy.
Nie mogę zdradzić więcej, bo zdradziłabym zbyt wiele, a nawet – popsułabym czytanie książki, jednak mogę powiedzieć, że dość spodziewanego właściwie zakończenia nie do końca się domyśliłam. Tak, oczywiście musiałam zajrzeć na koniec i trochę sobie "zaspojlerowałam", jednak w miarę czytania nie do końca wiedziałam, jak dokładnie skończy się książka.
Mamy tu do czynienia z dwoma swego rodzaju archetypami, a wręcz – fetyszami, które autor "Panny z mokrą głową" i "Awantury o Basię" bardzo lubi – miłości dziecka do rodzica oraz tragedii ślepoty.
Tego pierwszego rozwijać nie będę, bo zbyt dużo opowiedziałabym o fabule książki, jednak to drugie zasługuje na wspomnienie.
W każdej jednej powieści Makuszyńskiego występuje ktoś "ślepy". Sam autor w bardzo jednoznaczny sposób sugeruje nam, że nie ma większej tragedii, niż ślepota dla zdrowego człowieka. W książce "List z tamtego świata" jego pogląd jest przedstawiony najjaśniej. Książka o mylącym tytule "Przyjaciel wesołego diabła" pod tym względem nas nie zawodzi. Osoba ślepa jest właściwie umarła dla siebie, dla świata i dla otoczenia. Dostrzega w swojej ciemności jakieś tajemnicze, niezrozumiałe dla ludzi piękno, ale jednocześnie jest okaleczona bezlitośnie, niewspółmiernie i okrótnie. To jedno zawsze denerwowało mnie w książkach Makuszyńskiego, chociaż oczywiście rozumiem, skąd się takie wnioski brały w przedwojennej Polsce.
Wracając do powieści: jest wzniosła, pełna szczytnych ideałów, czasem powoduje uśmiech na twarzy, a przede wszystkim każe litować się nad bohaterem i gorąco mu kibicować. Nie spodoba się ludziom szukającym realizmu w książkach, nie wierzącym w idealizm. Jeśli jednak chcecie trochę pokrzepić się na sercu i duszy lub pokazać dojrzałej latorośli coś ze szczytnych ideałów, gorąco zapraszam do lektury.

Orzeczenie? Dajcie dajcie dajcie dajcie dajcie!

Ostatnio na Facebookowej grupie dla niewidomych i niedowidzących mierzę się z wysypem postów w stylu "Mam zanik nerwu wzrokowego jaka jest szansa że dostanę znaczny?", albo też "Mam zanik nerwu wzrokowego, jakie beda znizki w PKP dla mnie?".
I tak sobie czytam te posty i zamyślam się nad nimi głęboko.
No bo wiecie, ja mam zanik nerwu wzroku. Praktycznie całkowity. Od urodzenia. Widzę tylko światło, a i to nie zawsze.
I jestem tą "szczęśliwą" osobą, która uzyskała orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. Ba – ten legendarny "znaczny" stopień, który na tyyyle pozwala.
I zadaję sobie pytanie: Jak bardzo chciwi, a raczej łasi na przywileje, muszą być ludzie, że chcą wykorzystać jakąś tam rodzącą się w nich wadę wzroku lub niepełnosprawność, jeśli jedynym ich publikowanym zmartwieniem jest to, żeby dostać jak najwyższy stopień i jak najwięcej praw?
Czy oni nie zdają sobie sprawy, że sam stopień niepełnosprawności, a zwłaszcza – stopień znaczny, to pewien symbol trudnej drogi, wielu wyrzeczeń, cierpienia, wykluczenia i walki, którą trzeba podejmować każdego dnia? Że te tak porządane przywileje to tylko rekompensata za coś, co się definitywnie utraciło i już nie wróci?
Jedyną analogią, jaka się nasuwa, jest ta o nauczycielach – wszyscy mówią, że oni mają tak łatwo, bo tu 18 godzin, tu wakacje, tu dni matki z dzieckiem, tu ferie, tu dodatki itp itd. I nikt się nie zastanawia, że pozostałe 22 godziny, jeśli w ogóle nie zostaną podstępem wciśnięte, spędza się na przygotowywaniu lekcji, rozmowach z rodzicami, uczniami, na wycieczkach i odreagowywaniu stresu? Że to grozi nie tylko wypaleniem zawodowym, ale realnymi problemami z głosem? Itp itd.
Tylko w przypadku niepełnosprawności sytuacja ma się 100 razy gorzej.
Czemu tacy ludzie rozmywają nam granice naszych uprawnień, naszych trosk i problemów?
Byle była kasa, kasa, kasa, zwolnienia, ulgi, głaskanie po główce i "lepsze" traktowanie?
Takie posty wyraźnie świadczą o zerowym zrozumieniu takich ludzi dla problemu.
"Dostaniesz Znaczny, to będziesz mógł sobie jechać za 7% ceny biletu". Ludzie, co to jest za postawa?
Dokąd zmierzamy?
PS. Dlaczego właśnie napisałam ten wpis?
Bo czytam, że kolejki w centrach orzekania są tak długie, że ludzie boją się, że stracą orzeczenia. I są to często ludzie, którzy naprawdę, naprawdę sobie na nie zasłużyli. Którzy sami się nie poruszą, nie zjedzą, nie przemówią w swoim imieniu. Którym asystent osobisty, darmowy transport i trochę dodatkowej kasy naprawdę się przyda.

Co tam u mnie? :)

Nie mogę powiedzieć, że jestem tak utalentowaną blogerką, jak Maja, Kasia z Cymelium i parę innych osób, których bloga zaśledzić bardzo polecam, ale pomyślałam sobie, że dawno nie było u mnie wpisu, w którym po prostu opowiadałabym Wam, co tam u mnie.
Kasia ma niesamowity talent do wyciągania czegoś zabawnego z każdej drobnej sytuacji, którą przeżywa wraz ze swym lubym; zazdroszczę takiego podejścia, chociaż nie mam czego, bo wiem, ile znoju kryje się tam, gdzieś pod spodem tych wszystkich osiągnięć i wiem też, jak miło się o nich pisze. Trochę żałuję, że więcej nie opowiadałam o tym okresie swojego życia, gdy był po temu czas, ale może spróbuję napisać Wam teraz coś takiego, co będzie trochę miłe, trochę smutne, a trochę optymistyczne – czyli cała ja. 🙂
##Pierniiiiikiiiiii!
Mój Zarząd ma ostatnio ochotę mnie zabić na miejscu, gdyż zatruwam im życie piernikiem. Na szczęście nie takim upieczonym przeze mnie i podanym, tylko czysto metaforycznym. A to wszystko dlatego, że ja U-Wiel-Biam Pier-Ni-Ki! W każdej postaci, chociaż te w czekoladzie, dostępne na sklepowych pułkach, budzą we mnie najmniej pozytywnych emocji.
Drogi Zarządzie i Droga Ludzkości, informuję niniejszym, że mój piernikowy zawrót głowy został zaspokojony na kilka godzin poprzez dostarczenie do żołądka i krwiobiegu ciasta typu piernik z dużą ilością bakalii i subtelną polewą czekoladową. I właśnie to, dokładnie to w ilości i proporcjach, tygrysek lubi najbardziej! Jestem w pełni usatysfakcjonowana i mam nadzieję, że mi tej satysfakcji wystarczy chociaż do jutra, co, biorąc pod uwagę, że ciasto zjadłam wczoraj, dużo świadczy o mojej piernikomanii.
Niedawno brat ze swą lubą byli w Toruniu. Rozumiecie – Toruń, takie miasto gdzieś pod północ Polski, które słynie, no właśnie, z pierniiiiików! I ja, rozumiecie, zapomniałam im powiedzieć, że mają mi przywieźć! Cokolwiek! Coś! Dużo! Wszystko!
I oni przywieźli tylko jedną, małą paczuszkę piernika dla całej rodziny! No co to jest paczuszka piernika na czworo luda, w tym mnie?
Wiecie, że oni tam jedli piernikowe pierogi? Tak, pierogi! Pierogi ze słodkiego ciasta (nie pierogowego), napełnionego masą piernikową wymieszaną z powidłami. To musiała być rozkosz dla podniebienia, a ja tego nie mogłam spróbować!
Muszę też poskarżyć się, że przez epilepsję, albo raczej skojarzenia z pierwszym atakiem, nie mogę pić kawy, w tym – wszelkiego rodzaju kaw piernikowych, których przed Świętami jest pełno we wszelkiego rodzaju Costach i innych kawiarniach. Moja dusza cierpi nad tym niewypowiedzianie, bo piernikowych herbat raczej się nie spotyka, a nawet jeśli, to jednak mimo wszystko smak jest zupełnie inny. 🙂
Kończąc temat pierników (na chwilę, Kochani Moi, na chwilę!) dodam, że jednym z moich marzeń było pójście do Costy Coffee w Anglii. Nie to, żebym jakoś bardzo związana była z Costą jako taką, ale Costa to sieć brytyjska i za punkt honoru postawiłam sobie zjedzenie tam ciastka i wypicie napoju. A najlepiej byłoby, gdyby obie te przyjemności miały charakter typowo świąteczny. I wiecie co? Zjedzony tam Ginger Bread Muffin był co najwyżej średni! Nie miał wiele wspólnego z piernikiem, był słodki i miał dziwny krem. Do piernikowej muffinki brakowało mu bardzo dużo – wiem, co mówię, bo sama kiedyś takie piekłam. Co więcej, Almond Chocolate, którą zamówiliśmy, okazała się być zwykłą gorącą czekoladą. Istnieje w pełni uzasadnione podejrzenie, że pani z Costy na lotnisku Heathrow po prostu sprzedała nam zupełnie nie to, co chcieliśmy.
Teoretycznie powinnam o tym napisać w cyklu #Western Dream Shorts i pewnie napiszę, ale piernikowość tematu do czegoś zobowiązuje.

##Łazanki, czyli coś okołodomowego
Pamiętam czas liceum, gdy, niezrażona licznymi próbami, podejmowałam kolejne wysiłki w celu spreparowania pysznych dań i deserów dla mojej rodziny. Stety albo i nie, miałam też wtedy okres tzw. "jedzenia fit", więc chciałam przygotowywać jedzenie zdrowe, a do jedzenia zdrowego trzeba mieć mocne nerwy i żołądek. Ja tam nie narzekam, ale ze strony męskiej części mojej rodziny słychać było zwykle protest lub ew. obojętną akceptację. No i jednak efekt estetyczny nie był zachwycający, a uwagi o niedomytych zakamarkach kuchni zniechęcały do dalszych prób. I teraz, gdy mieszkam sama i mam teoretycznie możliwość dalszych eksperymentów i szlifowania kunsztu, już mi się nie chce. Tamte negatywne doświadczenia pozbawiły mnie iskry kreatywności. Tym niemniej cały czas wierzę, że jak się sprężę, to znów wrócę do dawnej formy i będę gotować dla przyjemności własnej i innych.
Ale to nie tak, że nie gotuję w ogóle – wręcz przeciwnie. Niestety na ten moment mam zestaw dań, które umiem przygotować sama "from scratch" lub z półproduktów tak, by zrobić rzetelny obiad. Niby fajnie, bo większość gospodyń domowych kieruje się tą praktyczną zasadą, ale jednak mi czegoś w tym brakuje. Ale stwierdziłam, że się nie poddaję. W myśl odkrytej i wypracowywanej powoli filozofii wyznaję zasadę, że tak po prostu teraz jest. Nie gotuję za dużo i nie piekę. I dobrze jest, jak jest. Nie jest na pewno źle. Widocznie tak musi być. Może kiedyś będzie inaczej, a może nie będzie, ale wszystko na pewno jest w porządku.
Ale o czym to ja… ach tak, nagłówek. 🙂
Jak podrasować bigos, który sobie smętnie spoczywa w lodówce? Nakroić kiełbachy (najlepiej tłustej), cebuli (dużo) i ugotować makaron. Kiełbachę pokroić w ćwiartki plasterków lub dużą kostkę, podsmażyć najpierw (porządnie), żeby na patelnię wytopił się tłuszczyk, kiełbasę przełożyć do garnka. Na patelnię dodać pokrojoną cebulę (mogą być większe kawałki, a nie sieczka, byle nie za duże), poddusić, żeby była mięciutka. Mięciutka cebula nie stawia żadnego oporu łyżce, jak się jej nie dotyka, można porównać ją do błota lub cieczy. Czyli smażymy dłużej, niż krócej, pilnując, żeby się nie przypaliła. Przerzucamy do garnka i dodajemy do niego ugotowany makaron (byle nie nitki lub szerokie wstążki – świderki lub drobne muszelki/rurki wskazane), wrzucamy nasz bigos i pozwalamy się temu zasmażyć razem przez kilka minut, często mieszając, bo się przypali. Na koniec, dla smakoszy, duża porcja pikantnego (lub łagodnego) ketchupu do smaku. Smacznego! 🙂 A do picia miętowa herbata, bo ilość ciężkostrawności może zwalić człowieka z nóg.

##Półdekadnik
O konieczności dbania o dobrostan psychiczny na pewno już na tym blogu mówiłam i to nie raz. Z tym dbaniem jest u mnie różnie, bo z jednej strony wiem, że trzeba, z drugiej – o praktykę dużo trudniej. 😉
Czasem jest tak, że się zafiksujemy na jakimś drobnym temacie, szczególe, a najczęściej – zakupie i jak owego porządanego przedmiotu nie mamy, to "słońce blask traci w naszych oczach" (Lewis). Ja miałam tak z pozycją "Półdekadnik" J. Mazur. Ebooka ni w ząb, a cały koncept polegał wyłącznie na tym, że przygotowanych jest 366 pytań, po jednej na każdą kartkę notesu, na które trzeba odpowiadać przez 5 kolejnych lat. Czyli każdego 1 stycznia otwieramy kartkę z odpowiadającym dacie pytaniem i na nie odpowiadamy. Odpowiedzi mogą być krótkie lub długie, szczególnie jeśli finalnie, po dłuższych staraniach, wreszcie będzie się mieć książkę w wersji XLS, tak jak się marzyło, bo wtedy nie ogranicza nas przestrzeń na papierze. Z drugiej strony, czasem to ograniczenie jest fajne, bo zmusza nas do gruntownego przemyślenia poruszanego tematu, a nie do strumienia świadomości nieokiełznanego niczem. No więc odpowiadam na pytania. 🙂 Oczywiście z opóźnieniem, a jakże, bo regularność nigdy nie była moją mocną stroną, ale przynajmniej robię sobie pewien bilans siebie. Pytania są różne, od "Jakie masz plany na Święta" po "Jak odnajdujesz siebie w relacjach z innymi ludźmi", więc przekrój jest spory i zaskakujący w sposób przyjemny. Przemyślałam sobie na ten przykład, że zdecydowanie za rzadko konsultuję się medycznie i że mój stosunek do pomocy bliźnim wymaga… dalszych przemyśleń. 😀 No bo na pytanie "Komu ostatnio pomogłaś? Jakiego rodzaju to była pomoc" odpowiadałam kilka godzin, gdyż nie przychodziło mi do głowy nic sensownego. Z jednej strony można od razu wysnuć wniosek, że ja nikomu nie pomagam i takie właśnie myśli zaczęły krążyć mi po głowie; po chwili jednak doszłam do wniosku, że to nie jest tak, że ja nie pomagam nikomu, choć i tak pomocy mogłoby być dużo więcej, tylko nie zawsze uznaję daną czynność za pomoc. Robię to, co do mnie należy, pewne rzeczy wychodzą ot, tak, odruchowo i zapominam o nich w 3 sekundy po fakcie. Z jednej więc strony muszę zacząć więcej pomagać, z drugiej – robić to z głębii serca i duszy, co pociąga za sobą konieczność uporządkowania w głowie pewnych rzeczy, a z trzeciej – zauważać momenty, w których komuś pomogłam, nawet jeśli dla mnie to nie była pomoc sensu stricto. Takie to przemyślenia rodzą się w głowie, gdy struktura notesu zmusza nas do odpowiedzi na pewne kwestie przed samymi sobą. Nigdy nie byłam dobra w strumieniach świadomości, czego dowodem jest niniejszy wpis, a tak uporządkowane kwestie zmuszają mnie do działania.

##Nie spoczywam na laurach
No co, myśleliście, że będzie o Prowadnicy? 🙂 to oczywiście też; idziemy do przodu. Ktoś by powiedział, że bardzo powoli, a ktoś – że gnamy za szybko. Oba stwierdzenia są prawdziwe. Moim największym zmartwieniem jest, jak pomagać tak, żeby to miało sens. Jakie działania są robione w środowisku tylko "na pokaz", a jest takich zdecydowanie za dużo, a jakie – z głębi serca (tych z kolei się nie widzi). Obecny system prawny, projektowy, na wykorzystanie grantu i godzin, zdecydowanie nie sprzyja jakimkolwiek działaniom. Tu ukłon w stronę wszelkich NGO i innych instytucji – rozumiem, że trudniej jest nam wszystkim robić cokolwiek fajnego, skoro grantodawca zmusza nas do tak wąskiego i dziwnego pola działania, że bolą oczy, nawet te, co nie widzą.
Prowadnica cały czas uczy mnie bardzo dużo. Wychodzenie ze swojej strefy komfortu przyjemne nie jest, ale uczę się robić to tak, żeby nie szkodzić sobie (trudne) i innym (wyczerpujące).
A tak poza tym, uczęszczam na zajęcia online z j. angielskiego. J. angielski to jest taka dziedzina mojego wnętrza, której lepiej nie tykać; jest trochę jak bolący ząb, którego, na własne nieszczęście, ciągle dotyka się językiem, żeby sprawdzić, czy na pewno boli, czy może jednak przestało.
Z jednej strony mam poczucie absolutnego braku przygotowania merytorycznego, technicznego i w ogóle -ego z własnej strony, z drugiej – czasem nabieram otuchy, jak w momencie, gdy dałam radę w Oxfordzie mimo braków w słownictwie i popełnianych błędów gramatycznych.
Mam czasem wrażenie, że jak się sobie narzuci trochę wyższą poprzeczkę, to wciąż się ją podnosi coraz wyżej i wyżej. Uczę się więc, między miliardem innych rzeczy, żeby doceniać osiągnięcie konkretnej poprzeczki, tej wcześniej narzuconej.

##Koniec… roku. Będzie. Później. 🙂
Mogłabym pisać Wam naprawdę wiele o różnych rzeczach. Rozpisałam się i mam ochotę z Wami pogadać. Ale próbuję obiecać sobie, że moja pisanina stanie się trochę bardziej regularna, więc część z tego, co mam w głowie, pozostawiam na kolejne wpisy.
Póki co żegnam się z Wami wizją smacznej ogórkowej na obiad i perspektywą relaksu podczas wyjścia na basen i kilkunastu minut w saunie. Oby się udało!
Jak to mówił nasz były Proboszcz, wszystkim życzę pięknej niedzieli!

6. M. Krger, „Szkoła nażeczonych”

Jeśli jesteś zdeklarowanym/ą feministą/feministką, NIE czytaj tej książki. 😀

Kuzyni i kuzynki Marianny to wielkie szychy. A to modelka, a to balerina, a to jakiś piłkarz czy tam inny sportowiec. Wszyscy robią karierę. Nie to, żeby międzynarodową, o nie, ale jednak coś znaczą. Marianna trochę jeszcze nie wie, co ma z sobą począć. Piętnasty rok życia to, z mojego własnego doświadczenia, wciąż nie ten moment, gdy się wybiera swoją drogę życiową. 😉
Marianna wie tylko, że lubi gospodarować w kuchni. Wspaniale piecze, przyrządza pyszne desery.
Dlatego właśnie przyciąga jej uwagę broszurka "Szkoły Nażeczonych" w Jagodnem. Miejsce, gdzie jedynymi umiejętnościami, jakie się zdobywa, jest gotowanie, szycie, sprzątanie, zajmowanie się ogrodem i pielęgnacja niemowlęcia.
I właśnie to jest to, czego naszej bohaterce potrzeba. 🙂 Czy odnajduje siebie? Tak, odnajduje, i bynajmniej nie robi potem zawrotnej kariery. Po prostu przeżywa trzy wspaniałe lata ze swoimi szkolnymi koleżankami, z których każda po trochu odkrywa siebie.
Czytając tę pozycję miałam wrażenie, jakby Maria Krger chciała trochę skontrować powoli narastający trend kobiet robiących karierę. W Polsce było to modne w tamtych czasach, jakby nie patrzeć. :p Zarówno robienie kariery, jak i kontrowanie…
Marianna nie śledzi disneyowskiego trendu odkrywania siebie na wojnie, w biznesie, na wielkiej scenie czy w balecie. Ona po prostu rozwija swoje naturalne zdolności i staje się dobrą żoną.
Ale czy to oznacza, że potępia się w Jagodnem postęp i odrobinę nowoczesności? Oczywiście, że nie. 🙂 Że ośmielę się wspomnieć scenę obcięcia długiego warkocza…
Ale jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, przeczytajcie sami.
Jeśli chcecie książki postępowej, trendy, to nie czytajcie tej. No chyba, że chcecie poznać także drugą stronę medalu.
Natomiast jeśli chcecie miłej, zabawnej lektury dla dziewcząt na kilkanaście zimowych godzin, bardzo polecam. 🙂
Szczerze, miałam nadzieję uzyskać kilka dobrych, choć może i przedawnionych, porad gospodarskich i zawiodłam się, bo ich nie uświadczymy. Ale to i tak fajna książka.

5. L. Glass, „Toksyczni ludzie.. 10 sposobów postępowania z ludźmi, którzy uprzykrzają ci życie”

Wygląda na ciekawe? Na poradnik, jak ogarnąć ludzi, których mielibyśmy ochotę zabić?
Cóż…
Właściwie jedyną rzeczą, która ratuje tę pozycję przed absolutnym potępieniem, jest lektorka – Blanka Kutyłowska, która czyta rzeczy najróżniejsze, a więc, ku mojemu zaskoczeniu, przeczytała także i to. I zastanawiam się, co właściwie czuła, czytając. 😀
Jest to poradnik typowo amerykański z całym dobrodziejstwem (Tfu!) inwentaża. Wydany został w roku bodajże 1997 i sprawia to dodatkowo, że pewne idee, myśli i nurty psychologiczne nie są tak zaawansowane i ukształtowane. O ile Amerykanie generalnie myślą dość zerojedynkowo, a ich rozważania psychologiczne idą w dziwnych kierunkach, o tyle ta pozycja dodatkowo jest przestażała o ponad 25 lat. Ach, jakże żałuję, że DZDN nie pokazuje daty wydania pozycji, którą się pobiera…
Na samym początku autorka informuje, jak ważne są słowa, jak można za ich pomocą wpływać, a więc także ranić, innych i że naprawdę należy uważać na to, co się mówi.
W toku czytania jednak poznajemy niemal 9 z 10 technik, które opierają się na użyciu słów przeciw naszemu adwersarzowi. Motto jest jasne: Możesz wszystko w samoobronie, byle nie uciec się do przemocy fizycznej. Techniki zaproponowane przez Glass są ładnie, profesjonalnie nazwane, żeby brzmiało psychologicznie, ale są tak banalne, że każda normalnie, bo o zdrowiu już nie muszę wspominać, myśląca osoba jest w stanie je sama wypracować.
Bo cóż znaczy technika wyciszenia, oddechu czy jak ona ją tam sobie nazwała, podana jako pierwsza? Po prostu "weź kilka głębokich wdechów o takiej to a takiej długości, co pozwoli Ci zrelaksować ciało, a więc i umysł". Nie zrozumcie mnie źle – takie przypominajki i uświadamiajki są potrzebne, żeby podkreślić rolę autorelaksacji i oddechu w procesie ogarniania własnych emocji, ale nie sądzę, by nikt z nas nie musiał uciec się do tego typu praktyk w rozmowie z absolutnym, w naszym mniemaniu, debilem.
A czymże jest technika "fantazji zastępczych", jeśli nie rozżarzaniem w sobie nienawiści? Mówi ona, że można w umyśle fantazjować nt. kar i groteskowych sytuacji, w których ma znaleźć się nasz adwersarz. Ośmieszenie, zabicie, zniknięcie, wyparowanie, wylot w kosmos… Wszystko to możemy sobie pomyśleć o przeciwniku, jeśli nie wypowiemy tego głośno. Czyli przekaz jest jasny: możesz sobie nienawidzić człowieka, jeśli tego nie przekazujesz. Niby wszystko z tym przekazem jest ok, bo to w sumie prawda, ale po co, w walce z toksyczną dla nas osobą, dodatkowo się nakręcać? I, szczerze, czy nie robimy tego sami, bez pomocy "profesjonalnych" wskazówek Pani Amerykańskiej Psycholog?
A czymże jest technika "bezpośredniej konfrontacji", jeśli nie po prostu wypowiedzeniem tego, co się ma na myśli, bez ogródek i prosto w twarz? Tak, owszem, p. Glass jasno komunikuje, że słowa powinny padać spokojnie, wyważonym tonem, bez emocjonalnej dramy. To jest ważne. Jest to jednak kropelka istotnej informacji w morzu banałów i powierzchownie rozumianej dobroci i szacunku wobec drugiego człowieka.
Dodatkowo w książce pojawia się kilka tzw. "testów" na toksyczność danej osoby, na typ osoby toksycznej i na to, czy sami jesteśmy toksyczni. Ale jeśll w pytaniu na "toksyczność" danej osoby pośród kilkudziesięciu (ponad 30) pytań pada np. takie, czy osoba ma pryszcze na twarzy, jest nieumalowana lub nie podoba nam się jej fryzura, no to jednak coś jest nie tak. Zwłaszcza, że z tego, co pamiętam, autorka podkreśla, że jeśli na którekolwiek pytanie odpowiedź brzmi "tak", to osoba jest dla nas toksyczna. Czy naprawdę mogę oceniać osobę na podst. nieświeżego oddechu, pryszcza na czole lub nieodpowiadającego mi stylu ubioru?
Z jednej strony rozumiem, co autorka chciała osiągnąć; chciała, żebyśmy wreszcie doszli do wniosku, z kim żyje nam się lub pracuje zwyczajnie niekomfortowo, a do czynników pozbawiających komfortu może, owszem, należeć nieświeży oddech czy źle zapięta koszula. Z drugiej strony jest to znów bardzo powierzchowne potraktowanie człowieka i relacji z człowiekiem.
Czego oczekiwałam?
Sposobów, jak poradzić sobie we własnej głowie z osobami, które naprawdę niszczą mi życie lub przynajmniej z radością czynią je nieznośnym.
Co zyskałam?
Amerykańską wizję człowieka – jeśli mi się nie podobasz, mam prawo skończyć z Tobą relację, bo tak, bo mam na to ochotę, bo jesteś toksyczna/toksyczny przez to, że nie podoba mi się w Tobie cokolwiek.
Jedyną prawdziwą dobrą radą, którą wyniosłam z tej pozycji, jest fakt, że osoba toksyczna dla jednego człowieka wcale nie musi się wydawać taką dla innego.
Czy polecam?
Cóż, jeśli w ogóle nie mieliście nigdy do czynienia z pojęciem osoby toksycznej, jeśli chcecie rozpocząć badanie tematu, przeczytajcie tę książkę, ale miejcie w pamięci, że to powierzchowne i nie do końca zgodne ze współczesną moralnością potraktowanie tematu.

Western Dream Shorts #2 – Elegancki półszept

Na lotnisku – wiadomo, hałas i dużo ludzi. W autobusie typu PKS do Oxfordu – to samo. Rzeczywistość uderzyła mnie, cicho, a jakże, w Oxfordskim McDonaldzie (o tym innym razem). Siedzimy sobie i nagle dociera do mnie, że mój głos o dynamice mi normalnej jakoś tak się niesie po tym przybytku holesterolu niczym po eleganckiej kawiarni.
– Jakoś tak mało ludzi, co? – Pytam zdziwiona, no bo jak to, w końcu to McDonald’s!
– Nie, normalnie, pełno ludzi, wszystko pozajmowane. – Słyszę odpowiedź.
Trybiki zaczynają się obracać, ale ignoruję rzeczywistość metodą wyparcia. Wchodzimy do zakupionego i zarezerwowanego wcześniej hotelu i dokonujemy zameldowania metodą na "Karta mi nie chce przejść!". I znów to samo – właścicielka o głosie niczym rasowy coach po medytacji i ja, mój przyjemny głos i różnica w decybelach. Co jest, ja się pytam?
Finał olśnienia nastąpił następnego ranka, gdy to na tzw. stołówce zaczęło się śniadanie. Ja niby wiedziałam, że ludzi było mało – nasza trójka +2 inne osoby, ale czułam się jak w teatrze. Albo jakoś tak bardziej jak w kościele, bo było przestronnie, z dużym pogłosem, zimno (o tym także innym razem) i… cicho. Człowiek bał się odłożyć widelec na talerz, żeby nie wzbudzić skrajnie głośnego dźwięku w tym cichym pomieszczeniu.
Dotarło do mnie wtedy: Anglicy, są, cisi. Tacy właśnie, jakby z całą ludzkością porozumiewali się eleganckim półszeptem. Wytłumieni. Wygaszeni.
Apogeum tego zjawiska odczułam na targach. Stoisko dłuższe, niż szersze, ja niewidoma (o tym znów później), a ten podchodzi i głosem spokojnym, zdecydowanie nie przystającym do targowego hałasu, o coś mnie pyta.
A więc najczęściej powtarzaną przez nas frazą podczas tego pobytu było "Sorry, could you repeat, please?".
Wychodzi na to, że Polacy to głośne, nieokrzesane krzykacze. 😀