Czy to już folk, czy to jeszcze cepelia?

Z dziecięcych wspomnień zachowałam tylko przebłysk skocznych, wesołych piosenek biesiadnych, puszczanych z kasety. Pamiętałam tylko alikwoty, jakieś pojedyncze nuty, motywy…
Jakież było moje zdziwienie, gdy zupełnym przypadkiem, po odsłuchaniu jednego z rodzinnych nagrań, odkryłam na nim właśnie fragment tej kasety i na tej podstawie byłam w stanie znaleźć całą składankę.
Okazuje się, że szczęśliwie byłam wtedy w posiadaniu nagrania z Gali Piosenki Biesiadnej, zdaje się, z roku 1994.
Dzisiaj, pod wpływem tamtych wspomnień, odtworzyłam sobie na Youtube galę pierwszą i zachwyciłam się tym, jak się wtedy śpiewało, co się śpiewało i jak się do tego śpiewania podchodziło.
Pomyśleć, że wtedy komuś w ogóle chciało się organizować taką galę i to w dodatku z udziałem orkiestry, a innemu komuś – kupować na nią bilety…
Oto poniżej fragment wspomnień – jeżeli nie moich, to na pewno czyichś.
Pierwsza część obfituje w piosenki wojskowe, ale w drugiej, jak przypuszczam, więcej jest tych śpiewanych przy przysłowiowym kielichu.
Zapraszam!

A skąd ja właściwie pochodzę 3 cd – rozwiązanie zagadki

Rozwiązanie zagadki:
1. Ława – niski, z reguły kwadratowy stolik do kawy; może to też być stolik prostokątny, ale w którym różnica między bokami nie jest zbyt duża; takie stoliki stawia się często w salonie wraz z kompletem wypoczynkowym.
2. Ciućkać – ssać (smoczek, cukierka, tabletkę).
3. Ślumaczyć – tłumaczyć długo i z zapałem, często osobie raczej opornej.
4. Prezydium – urząd miasta; podobno słowo spotykane też w Wielkopolskiem i chyba na Kaszubach.
5. Ekspres – zamek błyskawiczny.
6. Angielka – bułka poznańska/wrocławska/paryska, czyli ta w formie niewielkiego chlebka.
7. Bajzel – bałagan.
8. Brzuszek – boczek (mięso).
9. Chachmęcić – szachrować, kombinować, czasem przekabacić.
10. Galancie – dużo, dobrze, ładnie, imponująco.
11. Przylepka – piętka chleba.
12. Żulik – turecki chlebek z rodzynkami lub bakaliami.
13. Rzeźnik/rzeżnik – sklep mięsny.
14. Badziewny – byle jaki.
15. Cebularz – osoba pochodząca z terenów okołołódzkich/okołołowickich. Mówiono tak w wojsku na poborowych chłopców z tych okolic, ponieważ dobre gleby tych obszarów pozwalają na sadzenie roślin tak wymagających, jak cebula.
16. Badylarz – sprzedawca kwiatów i ziół, ale też drobny przedsiębiorca.
17. Krawaciarz – Warszawiak.
18. Czarne – rodzaj krwistej kiełbasy.
19. Chałka – drożdżowa, słodka, pleciona bułka.
20. Ciekać – biegać, latać (często o dzieciach i psach).
21. Kanar – kontroler biletów, oczywiście! 🙂
22. Kijowo – byle jak, głupio; jest jeszcze jedno słowo, które dokładnie opisuje, co to znaczy, ale go tu nie wymienię – domyślcie się, w brzmieniu jest podobne.
23. Schódki – kilka stopni; zejść po schódkach oznacza np. zejść po kilku stopniach ganku.
24. Siajs – szit, towar zły jakościowo.
25. Siksa – laska, atrakcyjna dziewczyna.
26. Szmelc – złom, towar zużyty lub zły jakościowo.
27. Szlajać się – włuczyć się, pętać się.
28. Taryfa – taksówka.
29. Urobić – przeciągnąć kogoś na swoją stronę.
30. Wtranżalać/wtrężalać – szybko i łapczywie jeść ze smakiem.
31. Zalewajka – barszcz biały/żur z kartoflami
32. Zmechacony – sfilcowany, z meszkiem (o ubraniach).
33. Zwyczajny – przyzwyczajony (my nie zwyczajni do…).
34. Obzyndolić – obkroić bardzo tępo i niewprawnie; można tak też mówić np. o świeżutkim chlebie powyskubywanym ręką przez zachłannych smakoszy.

Zapowiedź: Zamierzałam się długo, długo…

Jest to zapowiedź typowego, klasycznego wpisu w stylu "Wstawiamy muzę"… Albo nie?
d dłuższego już czasu przymierzam się do umieszczenia w tej kategorii pewnego słuchowiska, a raczej bajki, która swego czasu urzekła mnie i pozostała ze mną przez całe życie.
Otrzymana kiedyś od mamy na jakiejś zapomnianej kasecie, odsłuchana przypadkiem pewnego leniwego ranka, zachwyciła mnie… czym? Świetnie dobranym zestawem aktorów (kwiat aktorów polskich, Kochani, nie przesadzam!), wspaniałą, niebagatelną fabułą, no i świetną aranżacją i realizacją akustyczną. Ognisko płonie, jak płonąć powinno, strzały świszczą, a bizony wprost rwą się do przodu.
Wiem wiem, mówię zagadkami, ale nie chcę wybiegać zbytnio naprzód i zbyt wiele wam spojlerować.
Więc nim zaprezentuję Wam tę perełkę, to powiem tylko, że jest to taka maleńka dedykacja dla @Jamajki: Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym pewnej pamiętnej nocy? 🙂
Plik będzie tu, na blogu, przez czas niezbyt długi – maksymalnie miesiąc. Nie chcę bowiem łamać praw autorskich, a jednocześnie pragnę się z Wami tym podzielić.
Usunę więc plik za jakieś 30 dni, ale zachowam na pamiątkę Wasze komentarze.
I jeszcze jedno: Nagranie, które umieszczę, nie pochodzi z mojej gazety. Tę gdzieś mam, ale niestety nie wiem już, gdzie. 🙁 Znalazłam je swego czasu w Internetach i dlatego tym bardziej nie chcę zbyt długo go tu trzymać.
Wsłuchajcie się więc i, zapominając, że jest to "tylko bajka", dajcie się porwać!
PS. Proszę, przymknijcie oko na niedociągnięcia. Na pewno znajdzie się ich kilka, ale chyba zaniepokoiłoby mnie, gdyby ich nie było.
PPS. Polecam jednak w miarę dobre słuchawki lub głośniki.

A skąd ja właściwie pochodzę 2, czyli trochę o… kulturze! :)

Łódź, choć jest miastem szumnym i ludnym, niestety ani historią, ani dziedzictwem kulturowym poszczycić się nie może.
Napływowa ludność robotnicza z całej polski nadała jej charakter, ale i poszatkowała kulturowo jak cebulę. Takie to było miasto – włukiennicze, fabryczne, miasto manufaktur i dymu kominów.
Jeżeli nucono śpiewki, to o fabrycznych dziewczynach lub łódzkim rynku.
Niestety i o tym nie można dziś znaleźć zbyt wielu wzmianek.
"Dziś w Łodzi na jarmarku kramarzy sporo
Kapela podwórkowa tu tnie wesoło
Tu można kupić wszystko, panowie, panie
Tu nawet ciepłą kichę też się dostanie."
– tak rozpoczyna się Polka Bałódka, której tekstu nie znajdziemy niestety w Internecie.
Znam ją, bo śpiewałam w podstawówce. Niewiele więcej dziś pamiętam, poza pewną magiczną zwrotką o starych kapciach i magnetofonie. Kto wie, ten wie. 🙂
Tym niemniej dziś w czeluściach Internetu próżno szukać łódzkich tekstów, może poza Tangiem Bałódzkim. Chwała kapeli, która ratuje honor miasta. Bardzo to przykre jednak, że jest tylko jedna, a i o niej usłyszeć zbyt wiele nie można.
Nawet uczynne Apple Music lub inne Spotify nie zwróci nam żadnych wyników o łódzkim folklorze.
To już nawet Zgierz ma nagrany swój hejnał i to w dwóch wykonaniach. Można go znaleźć na Youtube, a czytelnicy mojego bloga poznali już w pierwszej części tego wpisu.
##Do czego my właściwie przynależymy?
Zgierz tak trochę jest łęczycki, a trochę – łowicki. Łęczyca niby bliżej, ale kultura Łowicka silniej na Zgierz oddziaływała i oddziałuje.
I na ten temat trudno znaleźć cokolwiek.
Wstyd mi za Łowicz, bo jakoś inne regiony Polski potrafiły o siebie zadbać. Ja niestety nie dowiedziałam się wiele więcej ponad to, że tańcami charakterystycznymi dla Łowicza były oberki, a także kujony – kujawiaki, których kroki w tańcu trochę przedłużano. Z obserwacji muzycznych dodam, że lubiano także poleczki i walczyki.
A gdzie kuchnia? Gdzie stroje? Poza lakoniczną informacją o wycinankach, szarych kogutach i kwiatach niewiele znaleźć można.
Wstyd, Łowiczu, wstyd…
Tym niemniej, pokażę Wam, jakie to muzyczne pamiątki po tej kulturze udało mi się znaleźć.
Zespołowi Mazowsze dziękuję za to, że swego czasu dał nam te precjoza.
Dawniej już przeze mnie doceniony, dziś przeżywa mój renesans – zasłuchuję się w nim od kilku dni niemal na umór.
Zacznijmy więc:
##Wiązanka Łowicka, czyli…
…ściema! No bo o ile utwór drugi w tej składance mówi sam za siebie, o tyle pierwszy wcale z Łowicza nie pochodzi, a z Kujaw!
A ja tym pierwszym właśnie się zachwycam i taka dumna byłam, że jest nasz… Cóż, nie jest!

##Cyt, Cyt…
ten utwór, choć w sumie nie wiadomo, czyj jest, często jest u nas śpiewany. Trochę w naszym stylu, a uroczy, jak rzadko!

##Głównie instrumentalnie
Tutaj usłyszeć będziecie mogli to, co napisałam o tańcach łowickich:

##Już miesiąc zaszedł…
Słodka, urocza pieśń miłosna, którą często także można usłyszeć. Znana i lubiana w całej Polsce, ale to na łowickich dożynkach poznałam ją po raz pierwszy.

##Kuku…
Ta piosenka to prawdziwy szlagier ludowy, o ile można to tak nazwać. Babcia śpiewała mi ją, gdy byłam maleńka i tak ze mną została.

##To i hola
Kolejny, bardzo znany utwór. W wykonaniu Mazowsza można dostrzec ślady gwary łowickiej:

##Kondziałecka
"Kazała mi moja mama prząść kądziołkę,
Żebym sobie zarobiła na pościołkę"… 🙂

##I kolejna wiązanka
O tym utworze nie trzeba się rozpisywać.
"O, z samej Warszawy Jasiu idzie za mną,
Jeszcze żem maluszka, już się o mnie wadzą.
Niedaleko młyna rośnie jarzębina
Powiadają ludzie, żeś ładna dziewczyna.
Oj, dana…"

Gęś wodą,

A kaczuszki strugą! 🙂

Sezon uważam za otwarty, albo nie dopełniłam rytułału!

Jedna z ostatnich sobót czerwca, wypadająca w okolicach początku kalendarzowego lata.
Wtedy to, punktualnie o godzinie 9:00, albo nawet tuż przed, zasiadałam przed radioodbiornikiem, rozpaczliwie próbując znaleźć odpowiednią częstotliwość. Zwykle konstatowałam z rozczarowaniem, że spóźniłam się o kilka magicznych sekund. Owe krótkie, charakterystyczne piknięcia, poruszające serce i przyprawiające o rozkoszny dreszcz, z których każde przybliżało ów niesamowity moment, na który czekało się z biciem serca, zdążyły już przebrzmieć. W tle rozlegała się tylko owa porywająca, urzekająca swym pięknem, wzruszająca do głębi, szarpiąca jaźń melodia, kojarząca się z czasem błogiej beztroski. Za tą melodią pójść można jak za Szczurołapem, wyprowadzającym nieświadome dzieci z miasta Hameln. Do niej tańczyć można beztrosko, nie patrząc na czas, jaki minął, zapominając o wszystkich zmartwieniach. Tzn. jeżeli zna się kroki tego tańca, których ja niestety nie znam (jeszcze)!
Kto wie już, o czym mówię?

A dziś? Dziś nie dopełniłam rytułału! Smutno mi, Boże, ale w przyszłym roku się poprawię, obiecuję.

Każdy Twój wyrok…

Dawno się tu nic nie pojawiało.
Nie miałam jakoś czasu a i nic godnego uwagi nie wpadało mi do głowy.
Ostatnio jakoś temat zszedł w rozmowie na Kaczmarskiego i przypomniał mi się utwór, który w tej kategorii powinien znaleźć się już dawno.
Wszystko zaczęło się od tego, że pewna osoba Kaczmarskiego mi pokazała. Pokazała na nowo, choć o tym nie wie.
Nauczyłam się szukać optymizmu w tych utworach, co moim zdaniem nie jest łatwe. 🙂
Potem pojechałam na Zobaczyć Morze. Tam, na jednym z wieczorków przy gitarze przed mesą na Kapitanie Borhardcie, usłyszałam piosenkę, która zapadła mi w pamięć, bo użyto do niej tylko jednego akordu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po powrocie usłużny Youtube ujawnił mi, czyj to utwór… Potem poszło lawinowo! Dużo się z tych piosenek nauczyłam, dużo mi dały, ale ta zawsze pozostanie pierwsza, bo… prawie była pierwsza! Ach, no i jest to jeden z tych nielicznych utworów, w których ten optymizm jest w miarę, podkreślam – w miarę widoczny! 🙂 Dziękuję!

Zapowiedź dość dziwnej gałęzi nostalgicznej.

Był pogodny, gorący lipiec, jak to bywało nie tak dawno temu. W imieniny Elżbiety małe mieszkanko na drugim piętrze było pełne, jak to zawsze bywa. Nie pamiętam już, czy faktycznie było to wspomnienie Elżbiety, czy też może najbliższa po nim sobota, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że w sobotni wieczór w małym mieszkanku zebrało się sporo ludzi. Rozmawiali, jedli, pili… Pili napoje zeroprocentowe i te procent zawierające, bo tak już bywa.
Potem zaczęły się śpiewy. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi tu bynajmniej o śpiewy "po pijaku", z których to ani nutki zrozumieć nie można, bełkotliwe i bez sensu. Alkohol podgrzał krew, gorącą już od upału, a wesołe i gadatliwe towarzystwo potrzebowało ujścia dla energii.
Ten wieczór skończył się spokojnie. Nikt nikogo "nie pobił", nikt "się nie pokłócił", nawet szklaneczka się nie stłukła. Rodzina spotkała się, porozmawiała, zjadła smaczną kolację, pośpiewała razem…
Była to już tylko pozostałość dawno minionej świetności. Świetności czego? Nie wiem, nie umiem określić.
Tata opowiadał mi, że kiedyś podobne śpiewy niosły się z otwartych okien po ulicy do czwartej rano. Do maleńkiego mieszkanka przychodziło kilkadziesiąt osó, które spały pokotem, gdzie kto mógł, a te rozmowy, ten śpiew, to "rozochocenie" łączyły bardziej niż filozoficzne dyskusje nad marnością świata. Tak, alkohol rozgrzewał, rozweselał i umuzykalniał, ale robił to bardziej niż szkoły muzyczne, niż naukowe dysputy i wiadomości w telewizji. Bo wtedy przychodziło się do krewniaczki tylko po to, by rżnąć w karty i oglądać razem "Familiadę".
Postaram się pokazać Wam kilka "pieśni", które dzisiejsza młodzież (i nie tylko) uzna za wiochę.
Piosenki z tzw. "jajem", na krawędzi przyzwoitości, a jednak wciąż miłe w tej swojej prześmiewczości, z ikrą, pełne nie wymuszonego animuszu. Bo nie tylko Kaczmarskim świat stoi!
Oj, pamiętam, dobrze się tańczyło. Wiele z tych utworów znałam, mając kilka lat. Stanowiły moje dzieciństwo wraz z Arką Noego, Fasolkami, Brathankami, Abbą i Golec UOrkiestra.
No to do dzieła!