Przychodził niemal zawsze w sobotę lub niedzielę i generalnie wtedy, gdy nie mieliśmy czasu, by do niego wyjść. Słyszeliśmy alarmujący dzwonek domofonu przy furtce i doznawaliśmy rozczarowania, że to tylko On. To prawie zawsze mama wychodziła do Niego, a potem podawała w torebce foliowej trochę chleba, wędliny, jakieś jogurty… Tłumaczyła, że palenie szkodzi, rozmawiała… Zawsze przepraszał i dziękował. Nazywaliśmy go "Jej Kolegą". Gdy już od tej furtki odchodził, postanawiałam sobie, że następnym razem wyjdę z mamą, uśmiechnę się, może podam rękę… Pewnego dnia byłam w domu sama i usłyszałam ten dzwonek.
"Pani, bo ja już nie mam chleba…"
"Ale wie Pan… Ja jestem sama… Ja nie dam rady… Ja nie wiem… Przepraszam… Może przyjdzie Pan za godzinę?"
"Ale ja potem nie mogę… Może Pani…"
"Przepraszam Pana, ale nie."
Odłożyłam słuchawkę. Do tej pory tego żałuję. Choć nawet nie miał do mnie chyba żalu. Potem jeszcze przychodził i to zawsze wtedy, gdy to ja sama byłam w domu. Nie odważyłam się. W tym roku nie przychodzi. A choć życzę mu jak najlepiej, to mam nadzieję, że pewnego dnia zadzwoni do furtki i będę miała możliwość naprawić ten błąd.
Czasem rozmawiam o Nim z Bogiem i zastanawiam się, czy jeszcze żyje…
Za tydzień jest pierwszy Dzień Ubogich.
Ale On już nie przychodzi.
Autor: Julita Bartosiak
Mam na imię Julita, ciemne, kręcone włosy, ciemne oczy i zadarty nos. I gdyby trzeba było napisać banalny, ale zgodny z prawdą opis, to by wystarczyło. A że na prawdziwą charakterystykę postaci miejsca tu nie ma, powiem tylko, że interesuję się literaturą, muzyką, jęz. obcymi, językoznawstwem, gotowaniem, zdrowym stylem życia i włossingiem. :) Acha, i praktykuję od pewnego czasu Radość Doskonałą.