Jeżeli mi ktoś powie…

A niech ktoś znowu sprobuje mi powiedzieć, że "ten świat schodzi na psy" i "jest upadek obyczajow", i
"coraz gorzej", i "ciężko" jest! Niech podejmie choćby ułamek takiej proby! Jeżeli kierowca autobusu,
ktorym mam sama dostać się gdzieś tam wychodzi z szoferki tylko po to, by mi pomoc wejść do autobusu,
jeżeli pomocne dłonie wyciągają się z obu stron, bym mogła do niego wejść, jeżeli już w środkach komunikacji
miejskiej p. Knapik swoim miłym głosem informuje mnie o każdym przystanku, jeżeli przyjazna duszyczka
pomaga mi dojść na przystanek lub przejść przez ruchliwą ulicę w momencie mojego wachania, jeżeli sąsiadka
w autobusie przyjaźnie zagaduje o kierunek studiow i życzy miłego dnia, jeżeli jestem informowana o tym,
jaki autobus na przystanek podjeżdża jeszcze przed moim pytaniem o niego, to ja nie wierzę, że świat
może być zły! Moja podruż autobusem i tramwajem była tylko elementem treningu, ale w żadnym jej momencie,
jeżeli bym tylko chciała, nie musiałabym nigdzie iść sama. I tu nie chodzi o to, że się "wysługiwałam".
A niby dlaczego nie miałam przyjąć zaoferowanej pomocy? Odmowić, zamknąć się we własnej skorupie "samodzielności"?
Pokazać, że pomagać nie warto? Sama też bym potrafiła, ale przecież nie o to chodzi…
Dobra w ludziach pod dostatkiem, widzimy się często raz w życiu, ale tego dobra trzeba po prostu umieć
szukać i znajdować. I jeżeli każdy z Nas (Powtarzam – każdy, z NAS) zrobi tylko "krok więcej" niż powinien,
to żadne białe laski, kule, wozki nie będą mieć znaczenia, bo po prostu otrzymamy pomoc i w naturalny
sposob zwrocimy ją, w miarę swoich możliwości. Świat jest piękny, a ludzie – dobrzy, PRZYJMIJMY TO WRESZCIE
DO WIADOMOŚCI!

Ale On już nie przychodzi…

Przychodził niemal zawsze w sobotę lub niedzielę i generalnie wtedy, gdy nie mieliśmy czasu, by do niego wyjść. Słyszeliśmy alarmujący dzwonek domofonu przy furtce i doznawaliśmy rozczarowania, że to tylko On. To prawie zawsze mama wychodziła do Niego, a potem podawała w torebce foliowej trochę chleba, wędliny, jakieś jogurty… Tłumaczyła, że palenie szkodzi, rozmawiała… Zawsze przepraszał i dziękował. Nazywaliśmy go "Jej Kolegą". Gdy już od tej furtki odchodził, postanawiałam sobie, że następnym razem wyjdę z mamą, uśmiechnę się, może podam rękę… Pewnego dnia byłam w domu sama i usłyszałam ten dzwonek.
"Pani, bo ja już nie mam chleba…"
"Ale wie Pan… Ja jestem sama… Ja nie dam rady… Ja nie wiem… Przepraszam… Może przyjdzie Pan za godzinę?"
"Ale ja potem nie mogę… Może Pani…"
"Przepraszam Pana, ale nie."
Odłożyłam słuchawkę. Do tej pory tego żałuję. Choć nawet nie miał do mnie chyba żalu. Potem jeszcze przychodził i to zawsze wtedy, gdy to ja sama byłam w domu. Nie odważyłam się. W tym roku nie przychodzi. A choć życzę mu jak najlepiej, to mam nadzieję, że pewnego dnia zadzwoni do furtki i będę miała możliwość naprawić ten błąd.
Czasem rozmawiam o Nim z Bogiem i zastanawiam się, czy jeszcze żyje…
Za tydzień jest pierwszy Dzień Ubogich.
Ale On już nie przychodzi.