J. R. R. Tolkien, „Pieśń o Nimrodel”

Niedawno otrzymałam wyzwanie przetłumaczenia pewnego… wierszyka. Jako przyszły tłumacz literacki wyzwanie to podjęłam, a teraz wywiera się na mnie presję, bym swój przekład wrzuciła na bloga, więc to właśnie robię.
Jest to "Pieśń o Nimrodel", będąca dziełem wieszcza Tolkiena.
Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, to może na blogu pajpera coś się znajdzie, a jeżeli nie, to wszelkie skargi i zażalenia do niego, bo to on, pod grośbą kar okrótnych, zmusił mnie do publikacji tego wątpliwej jakości dzieła.
Miłej zabawy i… oszczędźcie, bo to mój pierwszy przekład…

##Pieśń o Nimrodel

Elfickie dziewcze żyło raz,
cód-panna, córa gwiazd,
trzewiczki srebrny siały blask,
pokryty złotem płaszcz;

Czoło gwiazda krasiła jej
i słał promienie włos,
niby słońce w konarach drzew,
wśród Lorien cudnych łąk.

Biała jej płeć i jasny włos,
gdy wolna niby ptak,
jak lipy listek biegła, co
z nim tańczy w lesie wiatr.

Gdy nad wodami Nimrodel
nuciła pieśni swe,
jak czyste srebro brzmiał jej śpiew,
gdy w toni gubił się.

Czy w światłość gdzieś, czy w cień i mrok
odeszła, nie wie nikt,
bo wśród dalekich szczytów gór
jej ślad już dawno znikł.

Daremnie elfów statek stał,
w przystani czekał jej,
gdzie wodą targał żywioł, szkwał,
gdzie góry w mocy swej.

Aż wiatr północny poniósł go
od brzegu elfów w dal
i zjękiem strasznym w sztorm go pchnął,
na łaskę zdał go fal.

Ląd zniknął już, gdy nastał świt
za pióropuszem fal,
zasłonił go w mgłę strojny szczyt,
w szarości odzian szal.

Lord Amroth swój skierował wzrok
na skryty w dali brzeg
i przeklął statek, który go
rozdzielił z Nimrodel.

Drzew w kwiecie strojnych był to pan –
wąwozów, gajów, kniej,
w krainie starej, dawno tam,
w przecudnym Lorien.

I jego właśnie dostrzegł ktoś,
jak niby z łuku strzał,
jak mewa, zniżająca lot,
w odchłanie morza wpadł.

Z włosami jego igrał wiatr,
płaszcz z piany okrył go,
a z dala był on niby ptak,
co leciał poprzez toń.

Zachodni brzeg przywitał ich,
lecz tam nie umiał nikt
powiedzieć, kim król Amroth był:
czy żywy i gdzie znikł.

Zapowiedź dość dziwnej gałęzi nostalgicznej.

Był pogodny, gorący lipiec, jak to bywało nie tak dawno temu. W imieniny Elżbiety małe mieszkanko na drugim piętrze było pełne, jak to zawsze bywa. Nie pamiętam już, czy faktycznie było to wspomnienie Elżbiety, czy też może najbliższa po nim sobota, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że w sobotni wieczór w małym mieszkanku zebrało się sporo ludzi. Rozmawiali, jedli, pili… Pili napoje zeroprocentowe i te procent zawierające, bo tak już bywa.
Potem zaczęły się śpiewy. Nie zrozumcie mnie źle – nie chodzi tu bynajmniej o śpiewy "po pijaku", z których to ani nutki zrozumieć nie można, bełkotliwe i bez sensu. Alkohol podgrzał krew, gorącą już od upału, a wesołe i gadatliwe towarzystwo potrzebowało ujścia dla energii.
Ten wieczór skończył się spokojnie. Nikt nikogo "nie pobił", nikt "się nie pokłócił", nawet szklaneczka się nie stłukła. Rodzina spotkała się, porozmawiała, zjadła smaczną kolację, pośpiewała razem…
Była to już tylko pozostałość dawno minionej świetności. Świetności czego? Nie wiem, nie umiem określić.
Tata opowiadał mi, że kiedyś podobne śpiewy niosły się z otwartych okien po ulicy do czwartej rano. Do maleńkiego mieszkanka przychodziło kilkadziesiąt osó, które spały pokotem, gdzie kto mógł, a te rozmowy, ten śpiew, to "rozochocenie" łączyły bardziej niż filozoficzne dyskusje nad marnością świata. Tak, alkohol rozgrzewał, rozweselał i umuzykalniał, ale robił to bardziej niż szkoły muzyczne, niż naukowe dysputy i wiadomości w telewizji. Bo wtedy przychodziło się do krewniaczki tylko po to, by rżnąć w karty i oglądać razem "Familiadę".
Postaram się pokazać Wam kilka "pieśni", które dzisiejsza młodzież (i nie tylko) uzna za wiochę.
Piosenki z tzw. "jajem", na krawędzi przyzwoitości, a jednak wciąż miłe w tej swojej prześmiewczości, z ikrą, pełne nie wymuszonego animuszu. Bo nie tylko Kaczmarskim świat stoi!
Oj, pamiętam, dobrze się tańczyło. Wiele z tych utworów znałam, mając kilka lat. Stanowiły moje dzieciństwo wraz z Arką Noego, Fasolkami, Brathankami, Abbą i Golec UOrkiestra.
No to do dzieła!

Cicho tu…

Wygląda to tak, jakby cały świat zapadł w odrętwienie. Nie dzieje się nic, a jednocześnie dzieje się bardzo dużo.
Nie wiem, dlaczego piszę o tym. Nie wiem, co pragnę przekazać. Myśli wypływają z pod moich palców i prawie ich nie kontroluję, chyba że pod względem ortografii i stylistyki.
Coś ostatnio nie jest w porządku. Nie ze mną, nie z wiosną dookoła mnie, która powoli, powolutku pokonuje zimę, jakby wcześniej niż zwykle.
To ludzie mnie niepokoją. To ich zawiść, ich rządza zemsty, a nawet – mordu.
Nigdy się nie spodziewałam, że w człowieku może być tyle nienawiści, tyle egoizmu, tyle zawziętości… Nie spodziewałam się? Bynajmniej – wiedziałam o tym, ale wiedzieć i widzieć to dwie różne sprawy, prawda?
Dlaczego?
Znam odpowiedź na to pytanie. Znam i nie znam jednocześnie. Jest zasmucająca, ale przecież nie zaskakująca. Tylko to jeszcze bardziej zasmuca.
Nie, nikt mnie nie zranił. Nie bezpośrednio. Jedynym problemem jest to, że ludzie gwałtownie usiłują wyrwać mnie z pod szklanego klosza, zza którego świat wydawał się piękniejszy. Nie zupełnie piękny, ale napewno piękniejszy. I nie robią tego świadomie. Swoją postawą pokazują, że ten klosz to mit.
Ale ja w to nie wierzę! Do końca będę wierna i nie zapomnę, że Świat Jest Dobry! Jest dobry, bo stworzył go Bóg, bo jest na nim wielu wspaniałych ludzi, bo codziennie wstaje nowy świt… Nawet, gdybym nie wymieniła tych ostatnich punktów, świat byłby dobry! Dobry, bo jest dziełem Boga! Cały problem w tym, że my na ten dobry świat musimy zasłużyć!
Owszem, zła jest sporo. Jest go ogromna ilość. Problem polega na tym, że ono jest bardziej widoczne niż dobro. Dobra trzeba wypatrywać. Trzeba mieć sokoli wzrok, by wychwycić jego błysk. Kiedy jednak umie się je dostrzec, ma się wrażenie, że strumieniem jasnego światła osłania całkowicie nieprzeniknioną ciemność. Jest się "Sokolim Okiem" – wojownikiem zaprawionym w boju, któremu nic już nie jest straszne.
Zło przecież tak łatwo, tak dziecinnie łatwo jest dostrzec! Dlaczego zachowujemy się jak dzieci? Dlaczego nie sięgamy dalej i głębiej? Dlaczego tylko po powierzchni błądzą nasze palce? Na powierzchnię wody wypływa olej, a na powierzchnię pysznego rosołu – obrzydliwe w smaku oczka tłuszczu. Nie jesz ich, ale jednocześnie wiesz, że dzięki nim rosół jest smaczny. Tak samo jest z dobrem i złem!
Zło jest i jest go sporo. Dlaczego ludzie tak bardzo chcą pognębić? Dlaczego nie cieszą się z tego, co mają? Dlaczego zazdroszczą? Dlaczego wciąż narzekają? Doprawdy, trudno nam dogodzić, Kochani!
Na gwiazdkę dostałam od babci szlafrok. Kilka już razy mówiłam jej wcześniej, by szlafrok był niebieski – to mój ulubiony kolor. Babcia kupiła szlafrok różowy. Jest też raczej cienki, nieco zbyt cienki. Moim błędem było, że powiedziałam jej o jego wadach. Wiedziałam, że ją zraniłam. Nie dbałam wtedy o to. Nie, nie byłam ostra, agresywna i wyraźnie niezadowolona, ale można było po mnie poznać, że szlafrok powinien był być niebieski. Co się potem okazało? W małym, ciepłym mieszkanku niedaleko Wisły ten szlafrok sprawdza się aż za dobrze! Jego materiał jest miły w dotyku, cieplutki i lekki, a bijące od ścian ciepło znakomicie kompensuje jego lekkość. Gdyby był grubszy, byłoby mi w nim za gorąco. Pozostaje jeszcze jedna kwestia – kolor. Oczywiście mogłabym kupić sobie inny szlafrok – niebieski, bawełniany, wygodny… Ale dlaczego, skoro ten spełnia swoje zadanie? Nie możemy mieć przecież wszystkiego. Nie zdołałam jeszcze podziękować babci i powiedzieć, że jej prezent się sprawdza. Jestem na to zbyt oschła, mam za mało czasu, trudno mi się przyznać do błędu… Muszę to kiedyś zrobić, bo jestem jej wdzięczna! Gest był malutki, ale przecież nie wiem, ile czasu spędziła, szukając dla mnie prezentu. Nie wiem, czy te parę złotych, jakie wydała, nie zmusiły jej do rezygnacji z droższego prezentu lub ubrania dla siebie. A szlafrok spełnia swoje zadanie bardzo dobrze!
Skąd mi to przyszło do głowy – nie wiem.
Chciałabym Wam tylko powiedzieć, że…
Będzie dobrze! Nie, wbrew pewnym pozorom nie kieruję tego wpisu do żadnej konkretnej osoby, ale możecie z niego zaczerpnąć, co chcecie. Będzie dobrze!
Świat nie jest idealny, jest w nim sporo zła, ale jest dobry! Zasłużmy sobie na ten świat, bądźmy go godni! Wiecie co? Narazie do tego nam bardzo daleko! Dość już tej zazdrości! Nie ma na nią czasu! Dość już złości, nienawiści, kłótni! Nie pora na to! Niech każdy z nas zasieje w sercu błękitny kwiat i pielęgnuje go, zamiast zaglądać do ogródka innych sąsiadów!
I Wam, którzy się smucicie, jesteście zmęczeni życiem, zdołowani, smutni mówię… Nie martwcie się! Będzie dobrze! Ja w to wierzę, a mojej wiary nic nie zachwieje, bo opieram ją na Bogu.
Wy, którzy wierzycie, módlcie się. To nie musi być Modlitwa Różańcowa, Koronka do Bożego Miłosierdzia, Modlitwa do św. Rity, tylko krótkie "Boże, ratuj!!!", wykrzyczane z głębii serca. Wymienione przeze mnie modlitwy są niezwykle ważne, bardzo pomagają, są pomostami, które łączą nas z Bogiem, ale jeżeli nie umiecie po nich przejść, szukajcie własnej drogi.
Tym, którzy nie wierzą, przesyłam mój gorący, serdeczny uścisk i zapewnienie, że… Będzie Dobrze! I nie, ja sobie tego nie wmawiam, tylko tak czuję! Trzeba popracować, bo nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale… to się da! 🙂
Uściski dla Was, buziaczki, okruszki modlitwy i pełne serducho.
Papa!

Grajdołek Musi Wrócić!

Akcja została niedawno zapoczątkowana, a jej celem jest… hm… nakłonienie autorki bloga do… nie porzucania go! Ja, przyznaję, nie byłam stałą czytelniczką, ale zawsze znajdowałam tam wartościowe treści. Bez Grajdołka to już nie jest to samo!
Proszę, zróbmy wszystko, by Grajdołek wrócił!
Zmieńmy statusy i sygnaturki, wpisując w nie takie jak moje lub podobne hasło i dodajmy wpis na blogu, by autorka wiedziała, że tak łatwo się nie poddamy!
Elanor, wróć do nas!!!

Dlaczego mężczyźni?

"Widzę, że kto się ożeni, robi się
lepszy. Powiedzcie mi, dlaczego Maryla się nie ożeniła?
Staropanieństwo Maryli nie było dla niej nigdy drażliwą sprawą, toteż,
zamieniwszy porozumiewawcze spojrzenie z Anią, odpowiedziała po prostu:
– Prawdopodobnie dlatego, że nikt mi się nie oświadczył.
– To dlaczego Maryla się komuś nie oświadczyła?
– Ależ, Tadziu – oburzyła się Tola, która zazwyczaj nie wtrącała się do rozmowy
nie pytana. – Przecież to mężczyźni muszą się oświadczać.
– Nie rozumiem, dlaczego zawsze mężczyźni – odburknął Tadzio. – Wszystko na
świecie każą robić mężczyznom. Czy mogę dostać jeszcze puddingu, Marylo?"
Zgadnijcie, z jakiej to powieści p. Montgomery pochodzi ten fragment. Albo raczej z jakiej części pewnego znanego cyklu.
Odświeżam sobie ten cykl i wiele rzeczy odbieram zupełnie inaczej niż wcześniej. Jest tak za każdym razem, gdy czytam ponownie jakąś książkę, a niektóre odświeżam sobie po kilkadziesiąt razy. Nie zliczę, ile razy czytałam ten cykl. Dziś jednak zastanowiło mnie… dlaczego mężczyźni? Nie, nie jestem feministką i nie będę tego ukrywać. Nie chodzi mi też o to, że wszystko na świecie każe się robić mężczyznom. Mam na myśli co innego.
##"Dlaczego Maryla się nie oświadczyła?"
No właśnie, dlaczego? Jak już mówiłam, nie chodzi mi o prawo, które zapobiegałoby czyjejkolwiek dyskryminacji. Myślę raczej, że to zawsze mężczyzna pyta kobietę, czy zechciałaby zostać jego żoną. To ona może się nie zgodzić, to ona wydaje swoje specjalne zezwolenie na bycie kochaną… Dlaczego? Czy to nie jest właśnie tak, że często to my powinnyśmy zapytać o to mężczyzny? "Czy zechciałbyś", "Czy uczynisz mi ten zaszczyt"? To najpiękniejsze pytanie jest ukazaniem swojego oddania, przywiązania, chęci poświęcenia się drugiej osobie… Uważam, że czasem role powinny się odwrócić. Dlaczego to zawsze mężczyzna musi się tak… Nie, zniżanie to nie jest dobre słowo. Cóż, innego nie mam! 🙂
I to tyle!
Buziaczki dla Was,
Papa!

Wyzwanie językowe dla Was, czyli… Jestem po kawie!

Witajcie, Cześć!
Po godz. 19:00 wypiłam kawę. Jest to pierwszy raz, gdy wypiłam ją tak późno i pierwszy raz, gdy użyłam naszego ekspresu by zaspokoić własne potrzeby, więc nie dziwcie się efektom mego stanu!
Uczę się do poprawki egzaminu z Podstaw Dydaktyki (Nie, nie oblałam go, ale pragnę podciągnąć z 3 na 4.) i właśnie dowiedziałam się, że 10 najczęściej używanych słów w języku stanowi zwykle ok. 25% całego tekstu, a 100 słów – 50%. Rozumiecie? 50% mojej pisaniny stanowią słowa z listy stu najczęściej używanych!
To zainspirowało mnie do postawienia Wam następującego wyzwania:
Oto lista 10 najczęściej używanych w j. polskim słw (niestety znalazłam je tylko w jednym źródle, więc lista może być nieżetelna):
Się, i, w, nie, na, z, do, to, że, a.
Teraz czekam na wpisy na blogach lub komentarze pod tym wpisem, które żadnego (Podkreślam, żadnego!) z tych słów nie będą zawierać. I to ma być luźna wypowiedź, a nie specjalnie spreparowany pod tym kontem twór. Nie wiem, jaka będzie nagroda za najbardziej kreatywny i swobodny tekst, ale z pewnością będzie to szacunek, honor, sława, chwała i uznanie.
No to enjoy, Dziubki, bawcie się dobrze, a ja wracam do metod badania znajomości słownictwa. 🙂
Buziaczki dla Was,
Papa!
PS. Bonusowe pytania dla Was:
1. Co to jest słowo?
2. Ile słów ma j. polski?
3. Ile słów zna przeciętny człowiek?
4. Jak można zmierzyć znajomość czyjegoś słownictwa?

Szykuję Wam niespodziankę, ale…

Kochani,
Pod presją, za namową, przyszpilona setkami okrzyków skandującego tłumu, szykuję Wam niespodziankę. Nie powiem, co to jest. Pewnie część z Was się domyśla, ale nie zdradzajcie mojego pomysłu, proszę. Pierwsza jej część miała wylądować na blogu dzisiaj, ale niestety pokonała mnie technologia. Musicie więc poczekać trochę, aż dostanę lepszy sprzęt.
Ja już nie mogę doczekać się tej chwili!
Buziaki dla Was,
Papa!

Skarbnik Pomaga, Kiedy Fedrować Trudno (legenda śląska, opr. Jan Baranowicz)

To się działo dawno, bardzo dawno. Najstarsi z żyjących górników nie pamiętają kiedy, powtarzają to, co słyszeli od ojców. A kto wie, czy i ojcowie nie słyszeli od swoich ojców czy dziadków. Trudno byłoby odmierzyć wydarzenia latami.
Niedaleko Bytomia znajdowała się kopalnia rudy cynkowej, wielu starych i młodych górników pracowało w jej podziemiach. Rozprzestrzeniała się korytarzami jak rosły dąb konarami. Zabłądzić w niej można było jak w starożytnym labiryncie.
Któregoś dnia kierownictwo kopalni przystąpiło do budowy nowego chodnika. Szły wieści, że w tej stronie kopalni znajdują się bogate żyły kruszcu. Chciano za wszelką cenę dobrać się do nich.
„ spoisty \ twardy że praca wcale nie posuwała się naprzód Najzręczniejsi rębacze opuszczali ręce w zniechęceniu, porzucali wiercenie po paru dniach. Robota wlokła sie
dości.
zupełnie.
Widziało się, że już nikt nie da się skusić do drążenia chodnika, mijały tygodnie, wreszcie sztygar zwerbował znowu ochotnika. Był nim młody górnik, robotny jak rzadko, doświadczony już w swym zawodzie. Nie wyglądał na strachajłę, co się zraża trudnościami.
34
Sztygar, co go wyorędował skądsić, nie taił przed nim kłopotów. Powiedział otwarcie, ilu to ludzi brało się już za bary ze skałą, jak się zrazili, nie mogąc uszczerbać paru piędzi naprzód. Ostrzegł, żeby się rozmyślił od razu, jeśli boi się roboty, bo koledzy lubią żartować i wezmą go na języki. A języki ostre mają jak kilofy.
Karlik, bo takie imię nosił nasz górnik, wzruszył ramionami lekceważąco. Był dobrej myśli, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Chwycił w garść świder i udał się w kierunku napoczętego chodnika. Skoro się tam znalazł, usiadł beztrosko na głazie, wydobył z torby ser i chleb, zabrał się do śniadania.
Miał swój pogląd na zmartwienia. Myślał jedząc:
„Jeśli istotnie robota tak ciężka tutaj, wtedy i siły nie mogą być byle jakie. Powinny iść w parze z wysiłkiem."
I wypróżniał zawartość chlebaka, aż mu się uszy trzęsły.
Kiedy tak siupał i chrupał, da mu się spojrzeć, a tu wypełzła spod kamienia maleńka mysz. Ano jak wypełzła, za-strzygła wąsikami, obejrzała się bystro, potem przybiegła bliżej i usiadła przed górnikiem na tylnych nóżkach. Przyglądała się jedzącemu roztropnymi, jasnymi jak iskierki ślepkami, ale jakoś tak przymilnie, jak gdyby chciała prosić: „Nie znajdzie się ta kęska i dla mnie?" Spodobała się górnikowi ta ufność zwierzątka. Odszczypnął palcami kruszynkę chlebowej ośrodki, rzucił pod pyszczek żartobliwie.
— Naści, smakuj! — uśmiechnął się. Myszka nie wahała się ani przez
moment. Schrupała kąszczek łapczywie. Zaledwie to zrobiła, znowu wpatrzyła się w Karlika łakomymi oczkami. Czytał w nich najwyraźniej:
„A może by tak jeszcze okruszek?"
Nie pożałował. Rzucił jej znowu kęs przed łapki. Schrupała bez wahania. Wyglądało na to, że się wymorzyła za wszystkie czasy.
Ale teraz i górnik połknął już ostatni kawałek. W torbie nie zostało ani jednej okruszyny. Na brak apetytu nie mógł się skarżyć.
Spojrzał na myszkę figlarnie, jakby chciał powiedzieć: „kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi", lecz ta nie ruszała się z miejsca. Dalej siedziała na tylnych nóżkach i patrzyła prosząco w oczy. Nie zadowoliły jej ofiarowane kąski razowca.
Karlik wzruszył ramionami:
— No cóż, miła myszeczko? — rzekł. — Jadłoby się, jadło, gdyby znowu spadło… Niestety, i u mnie szczere pustki w torbie. Choćbym rad, nie ma się wziąć z czego. A zgaduję po tym, jakeś się łakomie zabrała do pałaszowania, że apetyt w tobie narasta… Jeśli ci już tak mój chlebuś smakuje, przyjdź znowu jutro, chętnie podzielę się z tobą~ŚHia4aniem. Chyba że się tak przeciągnę dzisiie]szą~szychtą, ~że~~ mi sił do przyjścia nie starczy…
Nie skończył jeszcze zaproszenia, gdy myszka straciła się z jego oczu. Jakby się rozwiała w powietrzu. Na miejscu, gdzie siedziała, stał karzeł, drobniutki, nie-
35
pozorny człowieczek. Ubranko na nim było górnicze, czapka na głowie, broda siwa i długa do pasa. Karzeł powiedział:
— Nie martw się, bierz w garści świder. Twoja praca nie będzie bezowocna. Podzieliłeś się ze mną śniadaniem, nawzajem ja podzielę trud z tobą… Wysuwam jednak warunek: dasz połowę zarobku, kiedy przyjdzie wypłata. Od dziś jestem do twojej dyspozycji.
Powiedział, co wiedział, i rozwiał się jak dym. Dziwi się górnik: zamiast karła stoi przed nim znowu maleńka myszka. Stoi, taksuje rębacza roztropnymi ślepkami, potem odwróciła się zręcznie, obwąchała skaliszcze i smyrt-myrt! — wwierca się, wgryza w głazy ząbkami i pazurkami. Zakurzyło się, zaszeleściły odpryski. Zanim się Karlik pomiar-kował, wydrążyła w skale sześć otworów, okrąglutkich, dokładnie takich, jakie wywierciłby świder, gdyby się zabrał do roboty.
Górnik nie ochłonął jeszcze ze zdumienia, gdy zaprzepaściła się mysz, pojawił się brodaty karzeł. Karzeł rzekł:
— Załóż naboje w otwory i zapal lonty. O wykończenie chodnika się nie trap. Strop, ściany, podkład — wszystko to wyciosane będzie, gładkie jak lustro. Nie musisz się już trudzić więcej tego dnia, zakończ szychtę. Jutro pokażę się tu znowu. Szczęść Boże!
Otworzył Karlik gębę, chciał coś rzec w podzięce, ale karta )uż nie byto. Znikf, rozrzedził się jak cień. Upłynęła spora chwila, zanim rębacz otrząsnął się ze zdziwienia. Uszczypnął się w policzek, czy nie śni, ale zabolało siarczyście. To co się działo, działo się naprawdę.
Zrobił dokładnie, jak karzeł zalecił. Wepchnął woreczki z prochem w wiertnicze otwory, zapalił lont, uskoczył w bok. Ledwie przehuczały eksplozje i
dym się rozwiał, wrócił na miejsce. Znalazł chodnik pojemny jak sążeń, o bokach, podłodze i stropie tak gładkich, jak gdyby kamieniarz ciosał je dłutem. Cudo, nie chodnik. Nieforemna kupa gruzu czekała na szlepra u wejścia.
Ogromnie rad ze swej pierwszej szychty, wziął Karlik w garść górniczą lampę i nie bacząc na to, że niedawno zjechał na dół, wyjechał na powierzchnię. Skierował kroki do sztygara i poprosił pięknie, żeby przydzielił ładowaczy. Nie uprzątnięty gruz przeszkadzałby mu jutro w szychcie.
Sztygar wpadł w złość. Sądził, że górnik żartuje z niego. Powąchał pracę nosem, zląkł się mozołu i dał drapaka na wierzch. Jak tylu innych przed nim.
Ryknął, jak niedźwiedź w gąszczy, gdy go zaskoczy nagonka:
— Co? Tak szybko straciłeś chęci do pracy w tym przeklętym chodniku? Piekielna historia! Głowę daję, że w urobisku usadowił się diabeł i płata górnikom kawały!
Karlik uśmiechnął się tajemniczo.
— I mnie się tak zdaje — przytaknął. — Diablik jednak czy nie diablik, chęci do pracy nie straciłem. Przeciwnie — narosło jej jeszcze więcej we mnie. Nie dziwota więc, że już po pierwszych strzałach urobiłem tyle skały, że nie warto było fatygować się dłużej. Ładowacz dobrze się napoci, zanim usunie bryły.
— Co takiego? Strzały? — zająknął się sztygar. Zaskoczony był wiadomością, daleki od uwierzenia. — Pewnieś, próżniaku, jednej dziury nie wywiercił. ..
^TTdneTaziury? Ch~archarehaf-=-śmiał się Karlik. — Powiedzcie raczej, panie sztygar, sześć dziur. I wszystkie, jak na komendę, pękły, rozerwały się od wybuchów.
Sztygar słysząc to, mimo woli cofnął się o krok.
36
— Sześć otworów w tej skale twardszej od żelaza? Gadaj co chcesz, ale się to bez diabelskiej spółki nie obeszło…
Karlika zniecierpliwiły swary. Uciął krótko:
— Dawajcie ładowacza, panie sztygar. A macie chęć, zjedziemy na dół. Sprawdzimy robotę na własne oczy.
Dobrze szpakowaty już sztygar chwiał głową w zamyśleniu. W końcu wyznaczył ładowacza i wybrał się z Karli-kiem do szybu. Znalazł wszystko tak, jak to opowiedział górnik. Tym mocniej utrwalił się w przekonaniu, że tu wyższe jakoweś siły grają z nim w ciuciubabkę. Spoglądał na Karlika z zabobonnym lękiem jak na jakiegoś czarodzieja. Trzymał się też z daleka od niego, podobnie jak i ci wszyscy, którzy już coś niecoś słyszeli o jego wyczynach. Zanadto jednak był praktyczny, żeby nie wyciągnąć z Karlikowej roboty jak największej korzyści dla kopalni.
— Krzątaj się, synku, krzątaj — zachęcał. — Kopalnia ci tego nie za-baczy…
— Dyć wiem — nie odrzekał się Karlik od szychty.
Majstrował świdrem, myszka pomagała na swój sposób. Zjawiała się ni stąd, ni zowąd, oznaczała stosowne miejsce, wyrzucała kopczyki brył wzorem kreta.
Wydłużały się chodniki, ukazywały się coraz to bogatsze złoża rudy, w sercu sztygara wzbierała wdzięczność. Doszło do tego, że przy spotkaniu z właścicielem zaproponował dopuszczenie Karlika do udziału w zyskach. Dzięki niemu przecież, nie komu innemu, kopalnia stała się jedną z najrentowniejszych w okolicy.
— Zgoda! Przyjmiemy chłopa na wspólnika, — uśmiechnął się brzuchaty pan.
W ten sposób, szychta po szychcie, Karlik zarabiał coraz więcej. Był sa-
motny, oszczędny, zużywał na własne utrzymanie maleńkie kwoty. Jego ogromna górnicza kabza miała spęcznieć w krótkim czasie od okrągłości ciężkich złocistych talarów.
Przyszła wypłata. Karlik zaraz, jak jeno otrzymał pieniądze, wymknął się z towarzystwa kolegów i pospieszył na dół. Na drugim pokładzie, tuż u wylotu sztolni, czekał na niego uprzejmy karzeł.
— Nie zwiodłeś — stwierdził przychylnie, jak tylko zobaczył górnika.
— Umowa umową — powiedział Karlik i uchylił czapki.
— Siądziemy chyba. Trudno robić podziały na stojąco — karzeł rozejrzał się bystro. — Zresztą i nóg szkoda…
W kącie chodnika leżała długa deska. Podniósł ją i położył nad przepaścią szybu.
— Proszę — zachęcił dłonią. Karlik usiadł bez wahania. Jego nogi
zadyndały niebezpiecznie nad przepaścią. Sięgnął za pazuchę po kabzę.
— Poczekaj jeszcze — wstrzymał go karzeł. Sam również usadowił się na desce. — Przed podziałem — warunek. ..
— Jakiż?
— Usiądziemy tak, żeby nasze twarze znalazły się naprzeciw siebie.
— Tyle tylko… — Karlik spełnił życzenie gnoma.
Nie było już przeszkód w dzieleniu. Karlik wydobył mieszek z pojemnej kieszeni bluzy, wysypał ostrożnie zawartość na deskę. Zwisając nogami nad czeluścią przeliczał skrupulatnie pieniądze. Sporo było tego liczenia, zarobek był szumny, ale jakoś doliczyli się w końcu. Liczba nie wypadła parzyście.
— Tego talara odłóżmy na bok. — Karlik ostatni krążek odsunął dalej od błyszczącej kupy.
— Czemu to robisz? — sprzeciwił się karzeł. — I ten pieniądz przecież należy do podziału.
37
Górnik uśmiechnął się ciepło.
— Dzielić? Nie, lepiej niech już przypadnie tobie. I tak wszystko, co zarobiłem, jest z twojej poręki. Nieparzysty talar należy ci się rzetelnie.
Pomarszczona twarz karła, choć w szybie panował półmrok, napełniła się słońcem. Powiedział z radością:
— Tak. Oto słowa, których nie słyszałem już dawno. Wymówiłeś je na własne szczęście…
— Czemuż to? — zdziwił się Karlik dobrodusznie.
— To bardzo proste — tłumaczył karzeł. — Gdybyś w chciwości wyciągnął był rękę po ten pieniądz, leżałbyś już na dnie szybu. Tak jak tylu innych przed tobą.
A gdy Karlik dziwił się coraz bardziej, karzeł rozwiódł się już szeroko. Otworzył przed nim dźwierze tajemnicy:
— Domyśliłeś się pewnie, że jestem Skarbnikiem, duszkiem podziemi. Wszedłem w spółkę z tobą, bo szukam człowieka szczerego sercem, bez samo-lubstwa, bez żądzy posiadania, aby przez niego dopomóc ludziom w biedzie. Jak dotąd trudziłem się daremnie, choć przetaczały się wieki. Twoim poprzednikom na widok pieniędzy trzęsły się ręce, zawsze ostatni talar przeznaczali dla siebie. Zginęli w przepaści, bo nie dotrzymywali warunków umowy, nie dzielili zarobków na równo. Dopiero ty… Podstępy — nie wyłączając owych kąsków chleba przy pierwszym naszym spotkaniu — służyły mi do tego, żeby wypróbować twój charakter. Postąpiłeś nie tylko uczciwie, ale po górniczemu, honorowo. Potrafię 'j ocenić. Gdv
wrócisz do domu, znajdziesz na stole również i tę część, która przypadła mi w udziale. Wraz z twym zarobkiem będzie to wielka suma. Staraj się, żebyś i w dalszym życiu zasłużył na nią. Bogactwa kopalni, w których masz udział, zdziesięciokrotnią, ustokrotnią twoje dochody. Nie chwiej głową, już ja postaram się o to. Miałeś okazję przekonać się, jak wielka jest moja władza. Nie zmarnuj bogactw lekkomyślnie. Obróć je dla dobra ludzkości. Zawsze znajdować się będę w twoim pobliżu. Zajdzie potrzeba, rad pomogę. Szczęść Boże!
Karzeł wypowiedział te słowa i na oczach ciągłe zdumionego Karlika rozwiał się jak świetlisty obłok. Gdy znikł, górnik schował do sakiewki część swego sutego zarobku. Podniósł się z ławki. Stanął na twardym gruncie i jakby tknięty przeczuciem, mimo woli obejrzał się za siebie. Nogi ugięły się pod nim, od strachu poczuł gęsią skórkę na plecach. To, na czym siedział nad przepaścią, wraz z karłem, nie było deską, ale zwyczajnym źdźbłem zboża. Tym głębiej poznał straszliwą moc Skarbnika.
Wydostał się na światło dzienne. Idąc, coraz pełniej rozumiał wielkość i piękno zadania, które duszek roztoczył przed nim. Nie zwlekał też ani sekundy, nie ociągał się w zamiarach. Rozdzielał szczodrze bogactwa pomiędzy chorych i biednych; szczególnie zaś między górników, których dotknęło nieszczęście w kopalni.
Zyskał sobie zaszczytne miano skarb-nikoweeo szafarza.

Podanie o Skarbniku (legenda śląska)

Kiedyś dawno w kopalniach rudy srebra i cynku przebywał duch Szarlej. Był to niedobry duch czyha­jący na życie gwarków – bo tak wtedy nazywali się górnicy – robił im na paskudę, czyli zasypywał im chodniki, obrywał ze stropu głazy i strącał na nich, za­lewał ganki i przodki wodą, truł „ziemskimi smrodami”, czyli gazami, słowem dałoby się dużo przykrego o nim napisać. W końcu zalał kopalnie srebra i rudy cynku i wyniósł się nie wiedzieć dokąd.
I długo nie było żadnego ducha w kopalni, aż dopiero wtedy, gdy gwarkowie, przezwani teraz górnikami, za­częli grzebać w ziemi za węglem, pojawił się Skarbnik.
Skarbnik był bardzo porządnym duchem.
Jak tamten Szarlej przypominał diabła-kuternogę, bo lewą stopę miał zamienioną w końskie kopyto, uszy odstawały mu od głowy na kształt dwóch liści łopianu, z nozdrzy i gęby buchał siarkowym smrodem lub zgoła płomieniem, a gwarkowie mu złorzeczyli, to Skarbnik pojawiał się górnikom w postaci starego sztygara z dłu­gą siwą brodą i z lampą o czerwonym świetle, a górnicy mu dobrorzeczyli.
Siła rzeczy umieli o nim opowiadać. A więc, że wy­chodził z calizny, przeszedł milcząco koło górników i zniknął znowu w caliźnie. Że jeżeli górnikowi wykoleił się wózek z węglem, a on, biedaczysko, mozolił się z jego ciężarem, to ni stąd, ni zowąd zjawiał się Skarbnik i pomagał mu podnieść wózek i nałożyć na szyny. Albo też górnik kuł kilofem w twardą caliznę węglową i kuł, a węgiel był twardy jak wszyscy diabli, to Skarbnik zapukał trzykrotnie w głębi calizny na znak, że chce mu pomóc.
Wtedy górnik usuwał się, a w tej samej chwili zwalała się ogromna ławica węgla, że górnikowi starczyło urobku do końca szychty, czyli dniówki.
Skarbnik nic za to nie chciał, jak tylko szacunku. A więc nie wolno było gwizdać na dole, bo on tego nie lubił. Jeżeli był taki głupi firlifrancek, że mimo ostrze­żeń gwizdał na przekór, zjawiał się i, nic nie mówiąc, uderzał w twarz tak mocno tamtego operiasza, że gęba spuchła mu w tym okamgnieniu jak bania. I mógł mia­nować się szczęśliwcem, jeżeli mu zęby nie wyleciały tyłkiem.
Poza tym nie lubił, by górnicy zbytnio pieronowali. Tak trochę, to im pozwalał, lecz gdy tego pieronowania było za dużo, zjawiał się i takiego wrzaszczka o niewy­parzonej gębie zdzielił kilofkiem po grzbiecie. Chodził bowiem z kilofkiem jak sztygar i podpierał się nim, gdyż był już stary.
A jeżeli pojawił się gdziekolwiek górnikowi, a więc w przodku, gdzie kopie się węgiel, na chodniku lub za­walisku, to należało zdjąć czapczysko z głowy i powie­dzieć grzecznie:
– Szczęść Boże, panie Skarbniczku!…
– Dej Panie Boże! – odpowiadał i znikł w caliźnie. I był raz stary górnik, nazywał się Szymon Trąbala, który znał kopalnię jak swoją dziurawą kieszeń i wie­dział, gdzie Skarbnik przesiaduje.
– Siedzi w zawalisku i coś kreśli kilofkiem w miale węglowym! – mawiał.
Ten Szymon Trąbala do tego stopnia zaprzyjaźnił się z nim, że często właził do zwaliska, gwizdnął cichutko trzykrotnie i w tej samej chwili zjawiał się Skarbnik.
– Szczęść Boże, panie Skarbniczku! Pięknie witam! – mawiał i pokłonił mu się z czapczyskiem w ręce. – Panie Skarbniczku, a może zagramy sobie w karty?
– Czemu nie? – mawiał Skarbnik. Usiadł na kamie­niu, a tymczasem Trąbala potasował karty i potem za­częli grać. Najczęściej w ,,byka” albo w ,,oczko”. Stanęło zaś na tym przed rozpoczęciem gry, że jeżeli Skarbnik przegra, to nazajutrz będzie pomagał Trąbali fedrować. A jeżeli Trąbala przegra, to musi Skarbnikowi przynieść sporą pajdę chleba posmarowaną masłem.
I tak grali sobie w karty i grali, raz Trąbala orżnął Skarbnika, innym razem Skarbnik orżnął Trąbalę i było wszystko w porządku. Gdy wygrał Trąbala, ogromnie się radował, gdyż Skarbnik pomagał mu rwać węgiel. Wte­dy Trąbala siedział tylko pod ścianą i popędzał chłopców wywożących urobek z przodku do wózka. Ów urobek wywozili w takich wielkich taczkach.
– Wio syncy! – pokrzykiwał. – Wio!…
Syncy przeto ganiali z taczkami spoceni, zziajani, a Trąbala siedział pod ścianą, żuł tytoń i strzykał przez zęby. A gdy przyszła wypłata, Trąbala zgarniał ze stołu spory zarobek.
Ale jak to często bywa z ludźmi, ma ktoś dużo, chce mieć jeszcze więcej. Raz i drugi, i dziesiąty Trąbala przynosił sporą pajdę chleba posmarowaną masłem, gdy przegrał. Kładł chleb na kamieniu i szedł rąbać węgiel, a Skarbnik przychodził, zabierał chleb i zjadał go w za­walisku.
I byłoby nadal dobrze, tylko że Trąbala miał żonę ogromnie skąpą i chciwą. I jednego razu tak mu rzekła:
– Chłopeczku, tyś głupi, aże głupi…
– A po jakiemu, mój dzióbeczku, aże po jakiemu?
– Bo nosisz temu Skarbnikowi chleb z masłem, a nie trzeba… Widzisz, chleb jak chleb, ale masło drogie, a ty smarujesz tę pajdę grubo na palec… Szkoda masła, ni?…
– A masz słuszność, babeczko! Tyś jednak mądro!…
– Sie wie, żech mądro!… Mądrzejszo od ciebie, ślimoku! Wiesz, co ci powiem? Oto weź pajdę chleba i za­miast posmarować ją masłem, posmaruj ziemniakami…
– Po jakiemu ziemniakami?
– No, jakiś ty głupi, aże głupi! Ugotuję ziemniaki, rozpuczę je warzechą, zrobię z nich bryję i posmarujesz nią chleb dla Skarbnika. On się na tym nie pozna, bo na dole jest ciemno, to on będzie myślał, że to jest ma­sło… A gdyby coś kręcił nosem, to mu powiesz, że to te farońskie handlarki sprzedawają takie masło za drogie pieniądze, że rad byś ze szczerego serca posmarować chleb dobrym masłem, ale nie ma i zbyte! I że wszy­stkiemu winne zasmolone handlarki!…
– Ty masz słuszność, babeczko! Na, że mi i też to wcześniej do głowy nie kapło! Smaruj, dzióbeczku chleb ziemniakami, bo ten stary grzyb Skarbnik na pewno nie pozna się na tym…
I tak zrobił. Pajdę chleba posmarowaną grubo rozpuczonymi ziemniakami zawinął w papier, zjechał do ko­palni, poszedł do przodku i położył na kamieniu. W du­chu zaś śmiał się ze Skarbnika.
– Ale go wykiwam! – radował się niemrawie. Wcale nie wykiwał. Bo nie minęło pół pacierza, a tu znienacka zjawia się Skarbnik z jego pajdą chleba na dłoni.
– A, szczęść Boże, panie Skarbniczku! Pięknie wi­tam! – zawołał Trąbala.
– Ty giździe zagiżdżony! Ty przegrzeszony ślimoku – wrzasnął Skarbnik.
– Nale, Jeckusie, dyć tak nie wrzeszczcie, panie Ska­rbniczku… Dyć ja wiem, o co chodzi. O to masło na chlebie! To nie moja wina! To te farońskie handlarki takie masło sprzedawają… Niech się zarozki zapadnę w ziemię, jeśli cyganię!…
Skarbnik nic, tylko słuchał, co tamten fanzoli. A gdy Trąbala skończył, wtedy jak go wyrżnął w gębę, że Trąbali zaroiły się gwiazdy w oczach, gęba mu spuchła jak bania i wyleciały mu wszystkie zęby.
I już było po paradzie.
Skarbnik wszedł do calizny, chleb zostawił na ka­mieniu, a biedaczysko Trąbala wyjechał na powierzchnię podobny do maszkarona, gdyż był szczerbaty, a gębę miał krzywą jak stary but dziurawy.
I odtąd skończyły się dobre czasy dla Trąbali. Gdzie się podjął rąbania węgla, to w okamgnieniu zamieniał się jakby w skałę i Trąbala, chociaż kuł kilofem i kuł, za całą szychtę udłubał tyle węgla, że można go było wynieść z przodku w dziurawej czapce. I odtąd zarabiał zaledwie na słoną wodę.
Żałował teraz swojego niecnego czynu, ale darmo, darmo!… Skarbnik nie dał się już przebłagać. A wydrzyduchowi Trąbali już teraz nie darzyło się w pracy, zarabiał tak mało, że z rozpaczy porzucił górnictwo i zaczął chodzić z katarynką po świecie. Tak duch Skarbnik pokarał Trąbalę za jego nieuczci­wość.