Ostatnio moje rozmowy z Ojcem przypominają raczej swego rodzaju narady.
Dwoje przyjaciół spotyka się, by omówić sytuację i zaplanować strategię na najbliższy czas.
Zawsze traktowałam Boga jak przyjaciela. Kiedyś Jezusa wyobrażałam sobie jako dwunastolatka (tego, którego widzimy w Świątyni). Sama miałam wtedy dwanaście lat, może ciut więcej i pomagało mi, gdy Jezus był w moim wieku.
Potem Jezus dorósł, poniekąd razem ze mną. Nie, nie jawił mi się nigdy jako młodzieniec – chodzi mi raczej o relację, jaka nas łączyła.
Był taki czas, że traktowałam go głównie jako króla, jako Boga… Teraz raczej jawi mi się głównie jako przyjaciel. Wiem dobrze, jestem tego świadoma, że jest moim Bogiem, ale to ten właśnie aspekt, aspekt przyjaźni, jest teraz najsilniejszy.
Dlatego właśnie często opowiadam mu o tym, co dzieje się w moim wnętrzu i na zewnątrz, a potem zadaję mu to pytanie: "Co Ty o tym myślisz"?
Bóg jest wszechmogący i wie wszystko, ale zniża się do nas, śmiertelników, by komunikować się z nami na naszym poziomie.
Dlatego właśnie nie pytam "Co wiesz" lub też nie proszę o gotową radę. Potrzeba mi bliskości, potrzeba mi opinii, a nie autorytarnego stwierdzenia faktu.
Wiem, że On to rozumie, tym niemniej jest to… dziwna gra słów. 🙂