Dobra, przyznam się, że, jak to ja, czytałam w bardzo dziwnej kolejności, tzn. najpierw pierwszą część (prawie całą), potem trochę drugiej, prawie całą czwartą i trzecią, tym razem calutką.
Moja zgubna skłonność do zerkania na koniec ujawniła się i tutaj.
Przez wszystkie cztery książki przewija się Milaczek, czyli Milena Wolicka, de domo… hm… nie pamiętam jej panieńskiego nazwiska.
Jest to taka typowa, normalna, codzienna kobieta, która żyje, pracuje i oczywiście przeżywa perturbacje miłosne, bo bez tego nie byłoby cyklu. 🙂 Tym niemniej czyta się przyjemnie.
Magdalenę Witkiewicz bardzo lubię i gdy mam wszystkiego dosyć i chcę trochę się zrelaksować, sięgam po kolejną jej książkę.
Mimo wszystko mogę wypunktować kilka wad zasadniczych:
1. Pewna powtarzalność typów bohaterek – do pewnego stopnia, bo niektóre charaktery są wyraziste, ale jednak;
2. Absolutne niedocenienie roli faceta, męża, czy jak to się teraz mówi – partnera, w związku.
Matko, jakich, za przeproszeniem, debili kreuje nasza autorka w swoich książkach… Zapominają o podstawowych kwestiach, są nieogarnięci, naprawdę niewiele potrafią, ale lecą na kobiece wdzięki i chcą bezproblemowo założyć rodzinę. Najlepiej taką, w której kobieta będzie robić niemal wszystko, co wymaga strategicznego planowania i w ogóle myślenia.
Bohaterki traktują ich z pewnego rodzaju pobłażliwością lub irytacją.
Ciekawe, czy w którejś z nieprzeczytanych jeszcze przeze mnie książek, facet jest górą w związku…
3. Zmęczenie kobiet.
Wszystkim.
Pracą,
dziećmi,
mężami,
smakiem kawy,
łóżkiem,
figurą (własną, męża lub koleżanek i kobiecych wrogów),
ciuchami…
A tak poza tym, polecam.
Jedyną książką, której naprawdę, naprawdę przyjemnie się słuchało, którą przeczytałam całą i nie chciało mi się przeskakiwać, była część trzecia.
Ale do innych książek autorki oczywiście sięgnę!
Miesiąc: styczeń 2021
2-3-4. M. Kisiel, cykl o Małym Lichu
Bożek mieszka sobie w domu z dala od miasteczka wraz z mamą, aniołem strużem o imieniu Licho, potworem pod łóżkiem, którego się nie boi i który ma na imię Gucio, wujkiem-samotnikiem, jego aniołem strużem – Tsatkielem, drugim wujkiem-figlarzem, drugim potworem – Krakenem, który jest kucharzem, niemieckimi widmami, które mieszkają na strychu i lubią bawić się w wojnę i paroma innymi "domownikami".
Chłopak jest wesoły, ciekawski i rozbrykany; ma też jedną przypadłość, która mu się zdarza od niemowlęctwa – czasem potrafi zniknąć. I ma prawo, ponieważ o ile mama jest człowiekiem, o tyle tata nim nie jest. O tacie w ogóle mało się mówi, choć to nie jest temat tabu. Tak po prostu wyszło, że taty nie ma.
A Bożek ma iść do szkoły, gdzie kwestia taty wypłynie w końcu i wszystko się wyda. Wyda się, że tata jest…
Nie, nie zdradzę Wam tego!
I że Bożek często odwiedza krainę zaświatów, bo…
Nie, tego nie powiem także!
Barwne, kontrastowe postaci, ich małe słabostki i ogromne tragedie, przygody Bożka, po których poznaniu zaczęłam zastanawiać się, z której planety jest Pani Kisiel… Jednym słowem, polecam cykl całym sercem!
Bożek będzie musiał robić rzeczy, o których w konwencjonalnych książkach dla grzecznych dzieci w ogóle się nie śniło, np. zejść do piekła, by od drugiej strony stawu (tej pod dnem) uratować wujkowego anioła struża.
Krainy, które pozna, są tak dziwne i mroczne, że można troszkę się przestraszyć, ale tylko troszkę.
Zastanawiam się, do jakiego wieku przypisać ten cykl i myślę, że można polecać go dzieciom ośmioletnim i starszym, ale z pewną dozą ostrożności.
Polecam go natomiast dorosłym, bo paradoksalnie to oni znajdą dużo w powieściach teoretycznie przeznaczonych dla dzieci.
Tak to już jest z Martą Kisiel, że jeżel w jakiejkolwiek formie podpisuje się swoim nazwiskiem po książką, to jest to nietuzinkowa pozycja.
Szczerze polecam, każda książeczka w Voice Dreamie na dość szybkim tempie Ani ma ok. 4-5 godzin, więc w sam raz na leniwe popołudnie.