"No – pomyślicie – już ją totalnie pochrzaniło. Odleciała. Po co to?".
Wiecie, ostatnio zauważyłam, z resztą nie tylko ja, że za mało jest w moim otoczeniu pochwał i komplementów. Gdy trzeba zarzucić, skrytykować, znaleźć błąd, jest nas dużo, ale gdy trzeba coś pochwalić, jest nas zdecydowanie mniej.
Bo o wiele trudniej jest wydusić z siebie pochwałę, niż krytykę. Krytyka pozwala zatriumfować, wywyższyć się, dodać sobie punktów do fejmu, a pochwała wymaga docenienia, pewnego rodzaju uniżenia się, a to jest trudne.
Proponuję zadanie piąte i szóste:
Chwalimy.
Ale uwaga, chwalimy z głową – codziennie mówimy coś miłego, a przede wszystkim – zgodnego z prawdą, przynajmniej jednej osobie. To może być mama, sąsiadka z bloku, Eltenowicz lub chłopak – ktokolwiek, kto obiektywnie na tę pochwałę zasługuje.
A, co jeszcze ważniejsze, ta osoba nie może poczuć, że nasza pochwała jest sztuczna. Ona musi wynikać z głębii serca.
Bo w tym wszystkim chodzi o to, by ów nawyk chwalenia stał się choć trochę bardziej naturalny dla nas.
Osobiście mam z tym ogromny problem!
To co? Startujemy?
PS. Maj był dla mnie wyjątkowo ciężki, więc to trudne zadanie jest wyzwaniem majowo-czerwcowym.